Frozen Love

Frozen Love
Forever

piątek, 21 listopada 2014

Rozdział 45 Odbicie zguby...

Przepraszam za opóźnienie!!! Ale mam dla as kolejną zapowiadającą się serię akcji... Miłego czytania...wciągającego!!!

Oboje byli zaszokowani tym co się nawzajem dowiedzieli. Szli teraz w stronę zamku. Elsa podobno miała jakiś plan. Nie wiedział, o co jej chodzi i dlaczego Anna nie może jej zastąpić w królestwie? Ale to go tak naprawdę nie męczyło. Rozmyślał o Elsie. Coś przed nim ukrywa. Ale przecież on mówił jej wszystko o sobie, dlaczego ona miałaby coś ukrywać. Raczej nie drugiego faceta? Odrzucił tą myśl i spojrzał na nią. Szła zamyślona i czymś się denerwowała. Mrużyła lekko wzrok i wokół oczu pojawiały się delikatne zmarszczki. Może naprawdę to coś poważnego? Trochę się już denerwował. Weszli wreszcie z powrotem do pałacu. Przez całą drogę w ogóle się do siebie nie odzywali. Gdy weszli do jednego z pomieszczenia Jack poczuł przyjemny chłód. Nie wiedzieć czemu, ale na podłodze leżały małe płatki śniegu, które po chwili się topił. Spojrzał pytająco na Else, ale nic nie mówiła, nawet na niego nie spojrzała. Nagle się uśmiechnęła i nie czekając na niego, pobiegła na górę po świeżych płatkach. Jack podążył za nią, przejęty. Co ją tak uszczęśliwiło?

Już odpowiedział sobie na to pytanie… przed nimi stał bałwan. Nie, no na serio bałwan! Taki ze śniegu,
tylko, że normalnie one nie żyją.
-Olaf!- krzyknęła przejęta i uradowana. Gdy ją zobaczył podskoczył nagle i jego głowa na chwilę była wyżej od tułowia odłączając się od niego. Jack zamrugał jakby mu się przywidziało.
-Elsa…- przydreptał szybkimi kroczkami do niej i wyciągną swoje
rączki z patyków. Elsa musiała się schylić, żeby on mógł ją przytulić. Jack czuł się dość nie zręcznie. Jak ktoś niepotrzebny, jak intruz. Chciał się już wycofać gdy usłyszał znów niski lekko zasłodzony dla niego głosik.
-A co to za kolo?- zapytał pokazując na Jacka i wlepiając swoje zbyt duże oczy w niego.
-To jest Jack Frost…
-A czy ten Nosr wie, że ma łupież na kłakach?- Elsa zachichotała, ale Jack przestał się dziwić jego widokiem, zaczął czuć niechęć do tego bałwana.
-Frost! I tak wiem, że moje włosy są białe, ale to nie łupież!- podniósł trochę głos
-O soreczka!- zachichotał
-To czy ten Lostr wie, że farbowane kłaki na biało nie robią wrażenia?- Jack teraz zaczął piłować sobie górne zęby o dolne.
-A czy Elsa wie, że gadamy z jakimś bałwanem, który ma zamrożony mózg, albo nie starczyło na niego śniegu? A poza tym to naturalny kolor.
-Ten facio jest jakiś nie ten tego. Uważaj na niego Elsa! To ja zmykam!- poszedł szybko w drugą stronę. Teraz jak się trochę uspokoił to zobaczył, że za Olafem ciągnie się mała śnieżna chmurka z której padają płatki.
-Jack nie denerwuj się na Olafa. On jest po prostu…
-…bałwanem.! odpowiedział.
-Niech ci będzie. Ale naprawdę Olaf jest w porządku, musisz po prostu go poznać i polubić.
-Lub znienawidzić i rozpalić ognisko.- Elsa spiorunowała go wzrokiem.
-No co? I tak trzeba byłoby po nim sprzątnąć, zostałaby kałuża. – wzruszył ramionami i popatrzył za odchodzącym bałwankiem.
-Za co ty go lubisz? Chyba jest nawet głupszy od Kristoffa, a to nie lada wyczyn.-
-Jack mówię. On jest fajny. Pomógł Annie i zresztą nam wszystkim.-
-No dobra, ale mnie nie. Co najwyżej za każdym razem myli moje nazwisko.-
-Chodźmy musimy znaleźdź Annę zanim wezwiemy Radę.- poszli do jej komnaty i zobaczyli uchylone drzwi i dróżkę śniegu.
-O nie! Ja poczekam tutaj. Mam dość małych knypków, które mają większego nosa od mózgu.- Elsa przewróciła oczami. Wzięła go za rękę i pociągnęła mimo sprzeciwu do środka.

Anna i Krostoff siedzieli razem na łóżku, a koło nich łaził Olaf podskakując i coś gadając
-O cześć wam! Jack poznałeś już Olafa?- spytał rozpromieniona Anna.
-Niestety nie ominęła mnie ta radość.- poczuł jak Elsa wbija mu łokieć w bok.
-Ał!! Tak poznałem…- wycedził rozmasowując sobie uderzone miejsce. Popatrzył z wyrzutem, a ona uśmiechnęła się chichocząc.
-Ta ja też go poznałem… Ten facio jest jakiś dziwny. Jakby nie wiedział, że są już rzeczy na łupież. Chyba jakiś zacofany…- ostatnie zdanie powiedział ściszonym głosem.
-Ja zacofany? Ja żyję setki lat i jestem wciąż nastolatkiem oczywiście, że jestem zacofany! Ale chociaż nie jestem chodzącym małym bałwanem z wielką bulwą zamiast nosa.- Kristoff wybuchnął śmiechem jak i pozostali.
-Takie wybuchy gniewu też są niepokojące… Chyba trzeba zabrać mu ten spróchniały badyl.. – znów zaczął mówić szeptem, który i tak każdy słyszał.
–Nie no, gdzie tu jest suszarka?!!-
-Jack nie możesz! – powiedziała szybko Elsa.
-Owszem mogę… Wystawię go bez tej chmurki na słońce, żeby mu marchewa dojrzała.-
-No Frost! Nareszcie jest ktoś kto się doprowadza do furii. Ja nie miałem tyle szczęścia- powiedział zadowolony Kristoff. Jack już nie mógł dłużej. Odwrócił się i wyszedł zatrzaskując drzwi trzęsącymi się rękoma. Wybiegł z zamku i poleciał od razu w górę.
Nie chciał przebywać z tymi dwoma bałwanami w jednym pomieszczeniu. Jeszcze im pokarzę, ale teraz chciał przestać się zamartwiać.
 Myślał, że wszystko będzie dobrze kiedy wróci, że poczuję się jak w domu. Nigdy nie miał takiego miejsca, gdzie mógłby zostać. Już miał nadzieję, że go znalazł, że jest on przy Elsie w Arendell. Jednak się mylił. Nic go nie łączyło z tym miejscem oprócz niej. Jak szybko mógłby stąd wybyć, gdyby nie ona. Ale za to ona nie może. Jest tutaj uwięziony! Nie chciał teraz tego mówić i się tym zamartwiać. Leciał przed siebie, nie zważając na nic. Czuł przyjemny mroźny wiaterek zapowiadający wczesną zimę. Oczy lekko mu łzawiły, ale miał to gdzieś. Chciał tylko lecieć. Dopiero teraz spostrzegł, że słońce zniża się ku ziemi i niebo z niebieskiego zmienia kolor na różowy. Robiło się późno i coraz ciemniej. Westchnął z niechęcią i zaczął lecieć z powrotem do Arendell. Miał skrytą nadzieję, że znajdzie jakiś zapalnik i przypadkiem natknie się na Olafa. 
Leciał już długo, ale nie trafiał do zamku. Krajobraz był inny. Zmienił się na wysokie góry pokryte śniegiem. Nie wiedział dlaczego, ale poleciał dalej. Widział jak nadciąga burza i uznał, że byłoby szaleństwem lecieć dalej. Opuścił się na ziemię i dostrzegł w oddali jaśniejący zamek z lodu. Był piękny, zapierający dech! Strzeliste wieżyczki lekko uszkodzony mostek prowadzący do wielkich wrót na których powtarzał się ten sam symbol. Wszedł śmiało do środka i dożył jeszcze większego zaszokowanie. 
Przed nim wznosiły się piękne lodowe schody, a koło nich znajdowała się fontanna z zamrożonymi w locie strumieniami. Na górze wisiała piękny kryształowy żyrandol, a w posadzce znów zobaczył śnieżkę.
 Poszedł na górę, dalej zwiedzając i podziwiając zamek. Schody piętrzyły się w lekkim łuku. Gdy doszedł na koniec dostrzegł cztery komnaty.
Wszedł przez wrota bez drzwi i dostrzegł od razu piękny i pokaźny balkon wychodzący na widok wzniesienia. Zdziwiło go jednak to, że w środku leżały wszędzie kawałki lodu, a w niektórych miejscach z podłogi wystawały szpikulce. W jednym
nawet tkwiła strzała. Jednym machnięciem ręki wszystko to znikło, pozostałą tylko strzała. Wyszedł kierując się dalej. Wszedł do następnego pomieszczenia. Było ogromnie i przestronne. W centrum stało wielkie lodowe łoże z śnieżnymi poduszkami. Jack z rozpędu wskoczył na nie, zanurzając się w czymś miękkim i chłodnym. Niechętnie z powrotem na nogi. Wszystko tu było zwyczajne. Szafka i łóżko.
Skierował się do następnego. Tym razem była to łazienka, nie różniąca się praktycznie niczym od innych, nie wliczając oczywiście budulca czyli lodu. Wyszedł po chłodzącym ochlapaniu twarzy. Zachował trzeźwość umysłu na ostatni pokój. Drzwi tego mieniły się pięknymi kolorami. Jakoś czuł, że musi tam wejść. Już chciał popchnąć wielkie wrota, ale go ubiegły. Same się przed nim otwarły. Nogi i ciekawość same go poprowadziły dalej. W środku nie było nic oprócz lustra. Jak wszystko było z lodu, ale tym razem nie był niebieski czy lekko zaróżowiony. Było złote. Jego cała rama była przepięknie zdobiona liśćmi i symbolami słońca.
 Sama jego tafla biła błękitem zmieszanym z różem i fioletem. Było coś w nim… Nie wiedział co, ale to go wzywało. Podszedł nie myśląc już co robi. Stał już przed nim na wyciągnięcie ręki i tak zresztą zrobił. Chciał, a nawet musiał go dotknąć. Gdy to zrobił, lustro zmieniło się w zimne maski, które pochłonęły go. Jack zniknął…


czwartek, 20 listopada 2014

Nowa postać...

Ostatnio pisała ze mną pewna osoba abym wprowadziła kogoś ważnego do mojego bloga.
Muszę przyznać, że spodobał m i się ten pomysł.
Od jutra zapoznam was z kimś nowym, zabawnym i wesołym.
Zapewne polubicie ją tak samo mocno jak ja...
To do jutra.... Trzymajcie się zimno!!! Nie wiem jak u was, ale u mnie padał śnieg!!!

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 44 Zawsze coś...

 Krótki, bo miałam dużo nauki, ale następny już się tworzy. Jutro będzie o wiele ciekawszy. Miłego czytania!

-Kristoff czy ty musisz się tak obżerać- spytał zniesmaczony Jack. Chris robił właśnie ten sam grymas.
-No co! Jestem głodny!!- powiedział to bardzo niewyraźnie z buzią pełną plasków. Nie przeżuł jeszcze wszystkiego i bezpośrednio wlał sobie sos czekoladowy do ust.
-Raczej byłeś jakąś godzinę temu. Teraz wyglądasz jak spasione prosie. Chyba zawołam rzeźnika, bo zaczyna zajeżdżać jak w chlewiku.- machał sobie teatralnie przed nosem, robią obrzydzoną minę. Dziewczyny i Chris zachichotali.
-Czy przypadkiem spodnie ci na szwach nie pękają?- spytał Chris.
-N- ii-e- kolejna porcja trafiła mu do buzi.
-No stary, twoje gacie nie są już takie mocne. Zawsze może ci pójść oczko na tyle.
-Hej miałeś o tym nie wspominać!-
-A ty możesz przestać mlaskać…-
-Jak tu człowiek może sobie w spokoju zjeść?- Wstał wreszcie od stołu i widać było wybity brzuch spod bluzki. Wszyscy znów się zaśmiali. Kristoff popatrzył na siebie i rzucił im gniewne spojrzenie.
-Yyy… To same mięśnie!-
-Jasne.- powiedziała Elsa ledwo utrzymując się od śmiechu. Jack pokazał głową w stronę wyjścia i nie musiał nic więcej robić. Elsa od razu poszła za nim. Miała wrażenie, że Chris cały czas ją obserwuję, jakby miała zrobić coś Jackowi. On nie zaważał na to, lecz poszedł dalej. Nie chciał się zatrzymać, szedł wciąż przed siebie, kierując ich na dziedziniec. Elsa ledwo dotrzymywała mu kroku, nie mówiąc o pełnym żołądku jako balast. Lekko zdyszana, wreszcie zobaczyła upragniony widok. Jack staną, ale nie odwrócił się do niej. Miała wrażenie, że coś go trapi. Miała już niemiłe przeczucie, że czeka ją jakaś nie miła niespodzianka. Odetchnęła głęboko i podeszła powoli do niego. Nawet gdy położyła mu rękę na ramieniu, był jakiś nieobecny. Szukała jego wzroku lecz na próżno. Wreszcie uśmiechnął się w jakiś wymuszony sposób.
-Pięknie prawda.- patrzył jak słońce jest wysoko na przepięknym błękicie nieba. Nie było bez chmurnie, ale wyglądały teraz jak kłębiaste obłoczki, tworzące masę kształtów.
-Tak. –musiała to przyznać, ale wiedziała, że nie to chciał jej powiedzieć. Długo czekała i wreszcie musiała zrobić pierwszy krok.
-Jack czy coś się stało?- zapytała z lekką obawą w głosie. Dopiero teraz spojrzał na nią ze zdziwieniem i czymś tajemniczym w oczach. Nie mogła się skupić. Włosy lśniły mu bielą, a oczy błyszczały błękitem nieba. Do tego właśnie oświetlało go słońce, więc stał w jasnej poświacie. Uśmiechnął się i ujął jej dłoń.
-Nic złego… Naprawdę!-
-To dlaczego jesteś taki nieobecny…- teraz to wiedział a na pewno, że z czymś się waha.
-Możesz mi wszystko powiedziesz. Wiesz o tym prawda?-
-Oczywiście, ale…- odwrócił wzrok i puścił jej rękę. Chodził niespokojnie tam i z powrotem. Wreszcie odetchnął i spojrzał na nią. Pewnie zobaczył niepewną minę, więc znów do niej podszedł.
-Pamiętasz jak ci opowiadałem, że w naturze wszystko musi zachować równowagę?-
-Tak. Mówiłeś, że jak Księżyc was Obdarzał musiał znajdywać dary przeciwne do innych.
-Właśnie…- uśmiechnął się i sapnął z ulgą.
-No więc…tego. Elizabeth poświęciła swoją nieśmiertelność dla Kristoffa, ale także zwróciła swoją moc. Teraz aby wszystko wróciło do normy, Księżyc wybrał jej następcę.
-Naprawdę? Wiesz kto to?- Jack potrząsną głową.
-To nie wszystko. Wiesz, że pokonałem Mroka i teraz on też odszedł…
-Czyli brakuję jedności. Ktoś otrzyma jego dar. –stwierdziła z lekkim lękiem. Ostatni właściciel tej umiejętności, chciał zawładnąć światem.
-Tak. Te dwie osoby zostały wybrane i możliwe, że nie są jeszcze tego świadome.
-Niby dlaczego? Nie mógł im się objawić Księżyc i wyjaśnić wszystko?-
-Elso… do Księżyca należy Obdarowywanie. Dał moc mi, Mrokowi, Nordowi i pozostałym strażnikom, ale do zachowania równowagi dąży sama natura. Księżyc nie ma pojęcia kto ma te moce. Zostały podarowane osobom, które najbardziej charakteryzuje dana umiejętność.
-Czekaj ja wciąż nie rozumiem.
-Ja też, ale wciąż pozostaje ostatnie. Elizabeth odwiedził mnie.
-Co? Kiedy?-
-W pałacu, tuż po tym jak odeszła z Księżycem. Dostała polecenie, aby wyznaczyć mi zadanie.- zatrzymał się tu na chwilę, wypatrując zmian na twarzy Elsy. Ona już chyba widziała o co chodzi.
-Jack…To szaleństwo! Jak niby mamy ich znaleźdź?-
-A myślisz, że Chris zaszczycił mnie swoją włochatą obecnością, jakbym nie miał zadania?- uśmiechnął się łobuzersko.
-Ale przecież nie było go gdy zjawiłeś się tutaj. Mówiłeś tak samo, że zostałeś wysłany na misje.-
-Tak, ale przez Księżyc w określonym celu prawda. Mówił ci o tym.- przenikał ją wzrokiem. Skąd wiedział o jej rozmowie przy jeziorze? On tylko znów się wyszczerzył.
-Podejrzewałem, że Księżyc ci powiedział. Nie mogłabyś stać się nieśmiertelna, od tak. Musiał ktoś ci ją oddać lub podarować z mocą. Ale dar miałaś po ojcu.-
-Tak. Po Simonie.- staną jak wryty.
-Po kim? Simonie? Tym Simonie? Pierwszym Obdarzonym?
-Tak. Myślałam, że wiesz?-
-Nie! Wiedziałem, że masz dar po ojcu, który musiał byś obdarowany, ale jakoś mi się nie zgadzało, bo ja jestem panem Lodu. A więc wszystko jasne. Jesteś jego córką i dostałaś ją  po nim.- Elsa pokiwała głową.
-Ale jak? Skąd? Przecież nie byłaś nieśmiertelna, gdy cię poznałem.-
-Księżyc opowiedział mi jak to było ze mną.- Elsa po chwili jeszcze bardziej go zdziwiła i zaszokowała. Mówiła, o tym jak Simon poświęcił się dla niej, a Księżyc o niej nie wiedział. Jak żyła nieświadoma i jak on dostał moc.
-Miałbym teraz moc wiatru? Super!- Elsa uśmiechnęła się szeroko.
-Pasuję to do ciebie bardziej…Ale Jack, jak masz zamiar znaleźdź nawet za pomocą Chrisa tych dwoje?
-Oczywiście pójdziemy najpierw w pewne miejsce. Zawsze chciałem ci je pokazać.
-Domek Baby Jagi.- Jack zaśmiał się.
-Nie. Ale byłaś blisko. Co powiesz na domek Św. Mikołaja?
-Naprawdę? O rany! Jasne z przyjemnością, tylko co z królestwem?
-Przecież jest Anna. Nie może cię zastąpić?- to wcale nie głupi pomysł, tylko, że Rada nie ufa jej siostrze i dlatego nie może jej powierzyć władzy. Do tego dochodzi jej przymuszone małżeństwo. Zostało tak mało czasu. Jeszcze Jack nic nie wie. Poczuła jak coś przewraca jej się w żołądku. Popatrzyła na jego wyczekującą minę.

-Chyba mam pomysł…

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 43 Bliźniak?

 Nareszcie! Elsa już miała serdecznie dość! Nie przyzwyczaiła do gigantycznego białego wilka, który teraz biegł z zawrotną prędkością przez bardzo gęsty las. Już i tak ją to dziwiło, jakim cudem to, że jest nieśmiertelna uratują przed wylądowaniem na jakimś drzewie? I jeszcze Jack jej w tym nie pomagał. On czuł się świetnie. Krzyczał wstawał i udawał, że balansuje. Chłopcy…prychnęła. Od dawna już nie miała chwili wytchnienia. Miała nadzieję, że jeżeli znajdą Jack i go odzyska od razu poczuję się lepiej. Niestety, na początku była w totalnej euforii, ale teraz jest wykończona. Od ponad dwóch dni nie przymrużyła oka, nie mówiąc, że czuję się teraz fatalnie. Czemu nieśmiertelni mają tak samo jak śmiertelni? Może chociaż jakiś butik z kawą dla wieczny.
Nagle znajdowała się w jakimś dziwnym domu. Było tu ponuro i ciemno. W oddali widniała zarys jakiejś twarzy. Chłopca. Był jeszcze bardzo młody. Miał kruczoczarne włosy, które idealnie pasowały do brązowych włosów. Wszystko to podkreślała lekka opalenizna lub to była jego naturalna karnacja. Siedział w koncie chyba swojej sypialni i przeglądał jakieś kartki. Elsa powoli, bo jakoś miała dziwnie ciężkie nogi powłuczyła się w jego stronę. Po kilu minutach, nareszcie stała nad nim. Okazało się, że ma tam jakieś karty do grania. Widziała na nich jakieś magiczne stworzenia. Smoki, gobliny, bogowie, herosi i nawet postaci z baśni. Ujrzała Św. Mikołaja, Zębuszke, Zająca wielkanocnego i Piaskowego Ludka. Wpatrywał się w nie i mruczał coś pod nosem. Elsa zauważyła jaką przyjemność sprawiało mu samo ich przeglądanie i układanie. Nagle do cichego i spokojnego pokoju, weszła dziewczynka. Była całkowitym przeciwieństwem tego chłopca. Oczy miała w kolorze miodu, a włosy jak czyste złoto. Była wyższa i wyglądała na starszą, ale musiała przyznać, że zauważyła podobieństwo. Mimo tak dzielących ich różnic widziała podobną sylwetkę, rysy twarzy a nawet sposób mówienia. Pewnie są rodzeństwem.
Oh, a ty znowu przeglądasz te głupie karty. One są beznadziejne! Choć ze mną na dół  Noah, będzie o wiele ciekawiej. –zaproponowała z entuzjazmem.
-Nie dzięki Eve. Wolę tu posiedzieć.-
-Oh jesteś niemożliwy. No weź świeci słońce i jest ciepło, a ty siedzisz w tej swojej norze.-
-Eve przestań! Tu mi dobrze…- odparł lekko podnosząc głos. Dziewczyna jeszcze raz spiorunowała go wzrokiem i wyszła zatrzaskując drzwi. Huk był ogromny, ale po chwili znikał w tym pokoju, jakby się wchłaniał z ciemnością. Chłopak, który podobno ma na imię Noah, znów opuścił głowę. Tym razem już nie patrzył w karty, ale przed siebie. Elsa niemal poczuła, jak patrzy na nią. Na pewno ją zauważył. Serce zabiło jej mocniej, Chłopak uśmiechnął się dziwnie do niej i zaczął przeczesywać ręką swoje średnie włosy.
Nagle Elsa niemal poczuła ucisk na ramieniu, zimny i nieprzyjazny. Otworzyła nagle oczy i nagle znalazła się na podłodze. Widocznie zasnęła, chociaż było to prawie niemożliwe podczas przejażdżki. Teraz zauważyła, że była cała owinięta kocem i razem z nim zleciała z łóżka. Poczuła jak kropelki potu spływają jej po czole i miała przyśpieszony oddech. Mimo iż spała to czułą się jakby przebiegła maraton. Sen nic nie pomógł, na zmęczenie. Nie chciała już znów zasypiać, bo prawdę mówiąc bała się kolejnego tak realistycznego snu. Wszystko z niego zapamiętała, a praktycznie nigdy tak nie jest. Wstała i rzuciła z powrotem koc na łóżko. Pobiegła, jeszcze trochę otępiała do swojej kosmetyczki. Przejrzała się w lustrze i znów powinna mieś koszmary następnej nocy. Wyglądała jeszcze gorzej niż myślała. We włosach sterczały jej urywki gałęzi i listków, a włosy były i tak niemal spięte w ohydny warkocz. Twarz pobrudzona, czymś ciemnym i lekko posiniaczona na boku. Ubranie wyczarowane przez Elizabeth też było porozdzierane i brudne. Elsa nie mogła tak wyjść. Poleciała szybko do swojej prywatnej łazienki i zaczęła napuszczać wodę. Szybko rozpuściła i tak rozczochrane włosy i powyjmowała ozdoby pamiątkowe z lasu. Gdy woda byłą już na odpowiednim poziomie rozebrała się i wskoczyła do ciepłej wody. Tego jej było trzeba. Od tak dawna nie robiła nic dla siebie, a taka mała rzecz, od razu ją zrelaksowała. Niechętnie z niej wyszła i poszła do szafy. Wybrała coś lekkiego i wygodnego. Nie miała dziś w głowie jakiś zadań królowej. Chciała spędzić go z Jackiem. Wybrała krótką białą spódniczkę, wyglądającą jak płatki ,śniegu i do tego niebieską bluzkę. Była wykonana z jedwabnego materiału, który lśnił za najmniejszym ruchem lub dotknięciem. Podeszłą teraz do lusterka i tym razem nie wystraszył ja swój widok. To jakieś postępy! Nałożyła szybko makiaż i nawet nie chciało, jej się zaplątywać włosów. Pozostawiła je rozpuszczone popadające falami na ramiona. Już chciała pobiec do drzwi, gdy zauważyła coś błyszczącego w świetle. Tak to ona!!!! Jej prezent od Jacka., róża zrobiona całkowicie z lodu, leżała cała na jej szafce. Była taka jak kiedyś, a nawet piękniejsza. Płatki jakby się bardziej rozłożyły i zaróżowiły. Lśniła i odbijała światło słoneczne. Nie była już czarna i brzydka, lecz piękna. Przytuliła ją odruchowo do piersi i wstawiła do kryształowego wazonu. Spojrzała na nią jeszcze przez chwilę i wybiegła z pokoju. Chciała już z całych sił pobiec w stronę komnaty Jacka i uwiesić mu się na szyi, ale nagle poczuła niebiański zapach. Wszędzie i na końcu świata by go rozpoznała…czekolada. Od razu sobie przypomniała, że od wielu dni nic nie jadał. Zaczęło jej burczeć w brzuchu, tak głośno, ze sama się go przestraszyła. Nogi same ją poniosły na dół do kuchni. Zapach robił się coraz mocniejszy i Elsa aż lekko obśliniona weszła dalej. Otworzyła z rozmachem drzwi do jadalni i zobaczyła tam wszystkich,. Anna i Kristoff siedzieli przy stolę koło siebie rozmawiając wesoło i jedząc placki. Obok okna stał oparty o ścianę Jack. Ku zdziwieniu Elsy, ktoś stał koło niego. Aż zdrętwiała…Zobaczyła dwie prawie identyczne osoby. Gdyby nie to, że ten drugi miał dłuższe włosy, możliwe, że by ich nie rozpoznała. Takie same błękitne oczy, blada cera, śnieżnobiałe włosy, a nawet postawa i wzrost. On był ubrany na biało, a Jack jeszcze nosił ubiór od Mroka. Materiał na ramieniu, był cały i nie było najmniejszego rozdarcia. Jack przestał cicho mówić do swojego towarzysza i spojrzał na nią. Uśmiechnął się momentalnie i tak samo znalazł się przy niej. Ucałował ją  delikatnie w usta i spojrzał przenikliwie.
-Co?-
-Nie nic! Tylko już się przyzwyczaiłem do mojej leśnej nimfy, a teraz znów mam królową śniegu.- uśmiechnął się żartobliwie. Elsa zrozumiała, że pamięta jej wygląd zanim dojechali tutaj. Zrobiło jej się ciepło i znów pojawił się rumieniec. Jack zaśmiał się i pogładził jej policzek. Czując, że zaraz zrobi się jeszcze bardziej czerwona odezwała się szybko.
-Kto to jest?- zapytała i nie musiała udawać zdziwienia. Widziała tego człowieka po raz pierwszy w życiu, a on tak był podobny do Jacka.
-Przecież dobrze wiesz…- znów omamił ją swoim łobuzerskim uśmieszkiem.
-Nie wygłupiaj się. Przecież go nie znam. A on wygląda prawie tak samo jak ty…- musiała to powiedzieć na głos, bo to było troszkę dziwne. Jack pociągną ją zachęcająco za sobą w stronę nowego przybysza. Zrobiło się jeszcze dziwniej, gdy uśmiechnął się tak jak Jack w tej chwili.
-Czy możecie mi to jakoś wytłumaczyć. Masz brata bliźniaka, albo co?- znów się wyszczerzyli i wymienili szybkie spojrzenie.
-Coś w tym stylu.- mruknął wzruszając ramionami.
-Dobra nie bajeruj jej już. Widzisz, że nie rozumie.- głos mieli podobny, ale tego drugiego był głębszy i groźniejszy, podobny do powarkiwania co jakiś czas.
-Dobra…Chris.- Elsa teraz chociaż wiedział podstawy.
-Ej mówiłem ci chyba to jakieś milion razy, że Christopher.- przewrócił oczami.
-Tak ale to było ponad 50 lat temu, może zmieniłeś zdanie, ale ja nie. Więc Elso to jest Chris i jest moim opiekunem.- Elsa już teraz nic nie rozumiała. To Jack ma dwóch opiekunów?- usłyszała śmiech Chrisa.
-Nie. Ma jednego, ale mógłby mieć więcej. Jest strasznie upierdliwy i pakuję się w kłopoty. Szczerze nie wiem czy inni sobie z nim poradzili.-
-Przecież jego opiekunem jest gigantyczny biały wilk.- powiedziała to z lekką irytacją.
-Tak to on. To jest jego ludzka forma, ale paskudniejsza od drugiej.- Chris szturchnął Jacka mocno łokciem w bok.
-Yyyy… Przepraszam nie wiedziałam. –
-Nic nie szkodzi. Jack jest zły, bo przegrał zakąś. Biegam szybciej od jego fruwającego tyłka.- tym razem to Jack nadepną mu mocno na nogę.
-Hej to prawda i teraz będziesz pomagał mnie czesać.- Jack nie był widocznie zadowolony z tego powodu, ale wzruszył obojętnie ramionami. Christ wyszczerzył się triumfująco i popatrzył na Elsę.
-Pewnie masz dużo pytań.- powiedział łagodnie.
-Tak. –
-To może zacznijmy od śniadania jestem głodny jak wilk. –Elsa i Jack zaśmiali się głośno i dopiero teraz sobie przypomniała o rozchodzącym się zapachu czekolady. Znów usłyszała domagający się jedzenia żołądek. Jack zauważył i usłyszał to i na chwilę pobiegł do kuchni.
-Po co poszedł?- Chris obojętnie wzruszył ramionami.
-Myślałam, że wiesz, skoro jesteś jego opiekunem?-
-To nie tak działa. Wyczuwałam Jack, jak jest w potrzebie, albo ja tego chcę, ale teraz on ma własne sprawy, Nie muszę węszyć. –poczuła się dziwnie tego słuchając.
-Pewnie się zastanawiasz dlaczego jesteśmy tacy do siebie podobni?- spytał obojętnie.
-Tak…- powiedziała ze szczerym zainteresowaniem i lekko podniesionym głosem.
-Obdarzony, który ma specjalne tendencję do pakowania się w kłopoty, a Jack z pewnością zalicza się na pierwsze miejsce, dostaje opiekuna, który ma go bronić i nauczyć posługiwać się darem. Do tego przyjmuje dwie postaci. Jedna jak sama widziałaś jest zwierzęca, a druga człowiecza. Jesteśmy ze sobą związani mocą Elso i dlatego wyglądały prawie tak samo.
-A dlaczego wilk, a nie inne zwierze?-
-Wilk najlepiej opisuję charakter Jack. Wolt, prawie nie ujarzmiony. Mógłbym też wymieniać lekkomyślny i tak dalej, ale zajmie to za dużo czasu. Opiekunowie przyjmują pierwszą formę, która jest odzwierciedleniem duszy chronionego. – Elsa była zdumiona tymi informacjami.
-Długo jesteś jego opiekunem?-
-Zaczęło się od urwania kontaktów z Elizabeth. Był gubiony i do tego wywołał tą światowa śnieżycę. Księżyc to dostrzegł i uznał, że potrzebna mu pomoc.- Elsa chciała zapytać  jeszcze tyle rzeczy, ale nagle wparował tu Jack. Niósł coś za plecami, cały rozgromiony. Chris chyba wiedział po co poszedł, bo śmiał się cicho. Jack podszedł do niej i podał jej coś małego i błyszczącego. Była to mała lodowa kuleczka. Elsa nie wiedziała co to i po co jej to dał. Spojrzała na niego pytająco, ale nie musiał nic mówić. Kuleczka zaczęła rosnąć i nagle zmieniła się w wielkie czekoladowe serce. Miało piękne zdobienia jakby szron zrobiony z białej czekolady, które świetnie wyglądało na tle ciemnej. Else zatkało.
-Podoba ci się?- spytał nieśmiało, ale mu nie odpowiedziała.
-Myślałem, że lubisz czekoladę.- spojrzał złowrogo na Annę.
-Jest piękne. I ty myślisz, że je zjem?- nie mogła by.

-Owszem, możesz bo to nie jest wieczne .Widziałem, że nie będziesz chciała tego spróbować więc nie jest nie roztapiane…- poszli do stołu i usiedli wszyscy koło siebie. Elsa podzieliła serduszko pomiędzy przyjaciół i od razu wiedział co Jack mówi. Była strasznie głodna i poza tym nie wie czy by wytrzymała by go nie zjeść. Po chwili weszła ich gosposia i podała wszystkim tacę z jedzeniem. Wszyscy chmurnie zagarnęli świeże placki z jabłkami i zajadali się…Było cudownie i słodko!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział 42 Przejażdżka z sumieniem…

Mam dla was dobrą nowinę. Dzisiaj wieczorem powiedzieli mi, że jutro będzie już sprawny internet. Więc od jutra zacznie się kolejna pełna akcji przygoda Jack i Elsy. Będę mogła się do woli rozpisywać i dać wam wreszcie chcianych Jelsowych wydarzeń. Dzisiaj już po raz ostatni, krótki rozdziali. Miłego czytania i szykujcie się na jutro!!!! 

Jack czuł jak Elsa się lekko trzęsie i jak spinają się jej wszystkie mięsnie. Nie wiedzieć czemu uznał to za bardzo śmieszne, że może teraz jeszcze bardziej ją ściskać. Siedzieli właśnie na grzbiecie jego wiernego i oddanego przyjaciela Jack oraz zarazem jego opiekuna. Cieszył się, że wreszcie po tylu latach go zobaczył. Ile to było 50 lub 100 lat. Otrzeźwił się lekko gdy poczuł delikatne lecz przeszywające ukłucie w ramieniu.
-Przepraszam…- to była Elsa która walczyła aby się nie sunąć z wielkiego wilka. Jack zaśmiał się jeszcze głośniej i zwrócił się do Anny i lekko oprzytomniałego Kristoffa. Właśnie przecierał oczy i ziewał tak rozwalając szczęki, że się bał, że jedna zaraz się oderwie. Wygiął się jakby się przeciągał i spojrzał niechętnie w ich stronę. Momentalnie jego oczy zrobiły się większe, które od razu się oznaczały na jego kremowej cerze. Jack posłał mu zgryźliwy uśmieszek i zwrócił się do już otrząśniętej z tej sytuacji Anny. Nie spuszczała oka od jego towarzysza, ale ukradkiem zerkała na Kristoffa.
-Dobra to zbieraj śpiocha i potkamy się w pałacu.- powiedział troszkę głośniej, a potem przechylił się tak szybko, że teraz zwisał z boku swojego druha tuż przy jego uchu.
-Ruszaj…tylko, żebym nie zasną jak ten burak.- nie musiał drugi raz prosić, bo właśnie prawie zleciał, gdy potężna siła odrzuciła go do przodu. Po chwili zrozumiał, że zerwali się z miejsca i przeskoczyli przez wcześniej wybitą dziurę w ścianie. Elsa byłą za nim i obejmowała go tak mocno, że czasem tracił na chwilę oddech.
-Elsaaa du-sziiiszzz mniee…- ledwo wypowiedział te słowa łapiąc coraz mniej powierza.
-Oj przepraszam!- przekrzykując pęd wiatru poluzowała uchwyt, ale dalej czuł jak się trzęsie za jego plecami. Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Wstał nie zważając na kszyki Elsy i po chwili znalazł się bezpośrednio za nią. Posuną ją troszkę do przodu i teraz siedzieli zamienieni miejscami. Obtoczył ją delikatnie i opiekuńczo ramionami i poczuł jak jej dreszcze powoli zanikają. Po chwili całkiem się rozluźniła co go jeszcze bardziej ucieszyło. Odwróciła się niespodziewanie do niego i pocałowała go w usta.
-Dziękuję.- już więcej się nie odwracała, ale nie musiała. Czuł jak robi się cieplejsza i wiedział, że nawet ten chłodny wiatr nie schowałby jej pięknego różowego rumieńca. Zaśmiał się pod nosem i zwrócił uwagę na przejażdżkę.
Od tylu lat nie przeczesywał lasu jak proca przy swoim dawnym przyjacielu. Rozglądał się i podziwiał z jaką szybkością ale także gracją omijał zgrabnie drzewa nie wpadając na nie i jednocześnie nie zwalniając tępa. Powietrze może dla zwykłego śmiertelnika i nie obdarzonego panowaniem nad lodem, wydałoby się przeraźliwie zimno, ale dla niego było to kojące. Od tak dawna, marzył, żeby jego myśli przestały ciążyć mu w głowie. Aby czuć się wolny i łączyć się z rześkim wiatrem. Nikt przecież nie wiedział ile przeżył ostatnim razem. Musiał wyrzec się swojej części…Elsy. Czuł jakby, ktoś wydziera mu jego serce lub całą duszę , która mu pozostała, bo i tak pewna część była zawsze z Elsą. Jak pozbawiony kontroli nad własnym ciałem pod wodzą Mroka robił straszne rzeczy. Jack się zmieniał pod wpływem zaklęcia wiążącego i przekształca się na wzór Czarnego Pana. Najgorsze było jednak to jak groził swoim przyjaciołom, z zwłaszcza Elsie. Jak spowodował to, że Kristoff prawie umarł, a Elizabeth się dla niego poświęciła. Poczuł ukłucie w żołądku, jakby związał mu się w ciasny supeł. Odtrącił te niemiłe wspomnienia i powrócił do przejażdżki. Objął mocniej znajdująca się przed nim Elsę. Tak mało brakowało, aby ja stracił, a teraz ma ją przed sobą i tuli ją w najlepsze. Wiedział już dlaczego Elizabeth odwiedziła go wtedy w pałacu. Chciała aby zajął się czymś, a dla niego znaczyć jedno…Odpokutowanie Win. Pewnie Elsa i tak już wyczuła, że nie sprowadził swojego opiekuna z drugiego krańca świata, aby się na nim przejechać. Musi jej niedługo powiedzieć, że musi wyruszyć w podróż nie wiedząc kiedy ma zamiar z niej wrócić. Ale to był najmniejszym zmartwienie. Gdzieś tam na świecie jest dwoje osób Obdarzonych, może nieświadomie mocami Ognia i Mroku. Może właśnie wywołują niewinnie pożary lub nawiedzają koszmary. To było straszne, ale coś ciążyło mu jeszcze na sercu. Trochę, a nawet bardzo egoistyczne. Nie chciał za żadnym pozorem opuszczać Elsy…


niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział 41 Przyjaciel czy Opiekun?

Przepraszam za opóźnienie, ale net mi wciąż nie chodzi, ale i tak napisałam go na telefonie. Nie gniewajcie się za błędy...wciąż się uczę polskiego, a pośpiech mi nie służy. Nie będę przeciągać i miłego czytania.
Może ten rozdział wam się spodoba!!!! 

Jack podniósł rękę ku twarzy i gwizdną palcami. Echo rozniosło ten odgłos dalej korytarzami w głąb pałacu. Był troszkę zniekształcony przez głośnie chrapania Kristoffa. Jack stał zwrócony w stronę jednego przejścia uśmiechał się radośnie i chyba na kogoś lub coś czekał. Elsa od tak dawna nie widziała jego uśmiechu. Oczywiście gdy był pod władzą Mroka czasami to robił, ale to nie był on. Teraz jest tu z nią i jest bezpieczny. Nawet nie zauważyła kiedy do niego podeszła i zaczęła przeplatać swoje palce z jego. Odwrócił się zdziwiony w jej kierunku. Posłał jej ulubiony z uśmiechów, trochę łobuzerski, ale czuły i ciepły.
-Królowo poddani patrzą…- jego wzrok powędrował do leżącego Kristoffa i klęczącej koło niego Anny. Kristoff jeszcze się nie rozbudził, ale był już bliski. Anna gładziła go po głowie mówiąc coś cicho.
-Nie prawda. Walnęłam jednego i teraz śpi. Więc mamy czas dla siebie. –Jack roześmiał się, pokazując swoje białe zęby. Chyba to co powiedziała na temat Kristoffa poprawia mu i tak dobry humor. Spostrzegła także, że czerń, która kiedyś spowijała jego śnieżnobiałe włosy znikał nie pozostawiając najmniejszego śladu. Jego oczy znów lśniły błękitem i sam Jack był rozpromieniony. Jak ona za nim tęskniła. Teraz to on wykonał śmiały ruch. Jeszcze trochę nie pewnie sięgną ją ręką na pasie i przybliżył do siebie. Poczuła, że taki niby mały gest, ale cała krew spłynęła jej do policzków. Znów się zaśmiał.
-Brakowało mi tego…- powiedział rozmarzonym głosek, gładząc jej pewnie czerwony od rumieńców policzek. Nie wiedzieć czemu, ale wiedziała, że teraz robi się jeszcze bardziej czerwona.
-To upokarzające…- dotknęła ręką drugiej strony poczerwieniałej twarzy.
 -Dlaczego? Ja uważam, że to śliczne. Ja nigdy nie będę mógł się rumienić. Chyba, że Kristoff zrealizuje swoje groźby i mnie lekko podwędzi. Może wtedy troszkę się opalę.- Elsa nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem. Wtuliła się w jego tors nasłuchując pracy jago serca. Już myślała, że tylko jej tak szaleje w piersi, ale nie. Jemu dudniło teraz z dwojoną siłą. Może ze zmęczenia, ale miała skrytą nadzieję, że to dzięki niej. Uśmiechnęła się pod nosem i spostrzegła, że ukradkowo się jej przygląda.
-O o chodzi?- spytała zdziwiona. Jack jakby świdrował ją wzrokiem, jakby zrobiła mu coś dziwnego.
-Nic. Tylko tyle razy próbowano mi cię wymazać z pamięci, a teraz jesteś tu ze mną i jakoś próbuję cię utrwalić. Nie chcę cię po raz kolejny tracić Elso. Ani z oczu ani przede wszystkim z pamięci.- Else zatkało. Jack mówił jej często coś miłego, ale to było przesłodkie.
-Jack już nigdy mnie nie stracisz…obiecuję.
-Nie możesz obiecać. Zawsze coś może stanąć nam na przeszkodzie. Na przykład ja jestem nieśmiertelny a ty…- nie dokończył, bo Elsa zatkała mu usta jednym palce. Zamroziła mu wargi, ale po chwili lód łączący je znikną.
-A ja także jestem nieśmiertelna.- powiedziała z dumą i szczerą radością. Myślała, że Jack zacznie skakać lub fruwać w powietrzu, ale on miał cały czas zdziwioną minę.
-Jesteś…Zostałaś…-
-Obdarzoną tak!-
-Jak? Kiedy? Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś?-
-No przedtem byłeś opętany, a potem walczyłeś na śmierć i życie, jakoś wyleciało mi z głowy… Powiedział wzruszając teatralnie ramionami. Jeszcze wywróciła oczami i wróciła do Jack. Wciąż był zamyślony i zaskoczony.
-O co chodzi? Myślałam, że się ucieszysz. Ja sądziłam że jak będziemy razem to i wieczność. Może nie chcesz zrozumiem…- Już chciała odejść od niego i nawet zrobiła parę kroków, ale Jack ją pociągną, że zrobiła obrót i wylądowała w jego mocnym objęciu. Uśmiechał się promiennie, a zdziwienie uciekło tak szybko jak się pojawiło.
-Elso. Myślisz, że nie chcę z tobą spędzić wieczności. Oczywiście, że chcę. Cały czas martwiłem się jak będzie za parę lat, ale teraz nie muszę. Kocham cię i liczysz się tylko ty. Życie w nieśmiertelności po tym jak cię poznałem byłoby bez sensu. Już mówiłem to Księżycowi, że po twoim odejściu ja też będę chciał. –Elsa wzdrygnęła się na myśl, że mógłby popełnić samobójstwo tak jak jej ojciec, ale Jack ciągną dalej bacznie jej się przyglądając.
-Elso bardzo cię kocham i chcę spędzić resztę wieczności razem z tobą.- Elsie dudniło w uszach, przed oczami zaczęły jej latać mroczki, ale nie spuszczała wzroku od twarzy Jacka. Postarał się skupić, ale nie było łatwo. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje, a to było by jeszcze bardziej wstydliwe niż nic nie znaczące teraz rumieńce. Jack powiedział, że ją Kocha. E tam kocha…powiedział, że chcę byś z nią do końca…świata. Co powiedzieć. Jej słowa nie ułożą się tak ładnie jak jego po tej wypowiedzi. Już chciała się odezwać, ale pocałował ją. Jak można by to opisać. Było cudownie. Chciała byś silna, ale tak dawno go przy niej nie było, że prawie zapomniała jak on świetnie całował. Niby był zamrożony, ale jego usta przy zetknięciu z nią, tak jak całe ciało, robiło się ciepłe. Robił to z niesłychaną delikatnością, ale też z wielkim uczuciem. Elsa w pełni się mu oddała i też zaczęła się udzielać. Wtuliła się w niego mocniej dotykając jego włosów. Drugą ręką dotykała jego torsu. Teraz poczuła jak szybko oddychał i jak waliło mu serce. Przez chwilę się bała, że mu wyskoczy, ale on tylko się uśmiechną i wrócił do całowania. Jeździła ręką po jego boku, aż natknęła się na wyszarpaną w pancerzu dziurę. Dotknęła przez przypadek ją lekko, a Jack cicho syknął. Oderwała się od niego i spojrzała na jego ramie. Symbol wiążący jakby się jarzył, ale po woli zmieniał kształt. Spojrzała przestraszona na twarz Jack, który zrozumiał jej zachowanie.
-To nic. Troszkę piecze. Nic mi nie jest Elso, nie musisz się martwić.- chciał ją uspokoić, ale troszkę mu się nie powiodło.
Nie wyglądało to dobrze. Dziwny świecący lekko ogniem znak jakby wił się na jego ciele. Nie wiedziała co począć i czy to jest normalne. Ale przecież ugodziła go w pierś sztyletem, który rozerwał łączącą go więź z Mrokiem, a to z pewnością nie jest normalne.
-Może Księżyc popełnił błąd. Jeżeli ci się coś stanie. Przez chwilę nie żyłeś. Czułam jak dopiero po chwili zaczęło bić twoje serce…- żaliła się z tej okropnej chwili, a Jack znów ją mocno objął. Zaczął oswoić jej niesforny kosmyk wsadzając jej go na ucho. Potem zaczął cicho i delikatnie szeptać.
-Nie zależnie od tego co się może stać, jesteśmy razem, a to mi wystarcza.- mogliby tak stać wtuleni w siebie zawsze, ale w korytarzu doszedł ich dziwny szum. Elsa poczuła chwilowy niepokój, ale Jack był oazą spokoju, Nawet nie poczuła jak jego mięśnie się napinają. Wpatrywał się w miejsce z którego dochodził dźwięk i się znów  uśmiechnął.
-Jest już! – powiedział radośnie z lekkim zdziwieniem.
-Cholera jednak jest szybki. Właśnie będę miał koszmary przez wiele stuleci.
-Co kto to i jakie koszmary?- dopytywała się. Nie wiedziała o co chodzi i naprawdę zaczęła się denerwować. Jack wreszcie na nią spojrzał i znów powrócił łobuzerski uśmieszek.
-Wezwałem mojego starego przyjaciela. Kiedyś się założyliśmy, że jak pojawią się jakieś problemy i gdy go wezwę, mówił z przekonaniem ,że przybiegnie z końca świata w niecały dzień. I właśnie przegrałem. Będę musiał mu czesać włochaty tyłek przez godzinę…- właśnie zaklął pod nosem w jakimś dziwnym nieznanym języku, ale go zrozumiała. Spojrzał na nią i znów się wyszczerzył.
-Przepraszam, że musiałaś tego słuchać. Będę się musiał przyzwyczaić, że znasz język Obdarzonych. Koniec świńskich kawałów…- Elsa chciała już coś odpowiedzieć, ale zagłuszył ją głośny jęk Anny. Od razu spojrzała w jej stronę i sama krzyknęła. Przed nim stał nie wielki, ale ogromny wilk. Te, które pokonała w lesie były tylko lekko przerośnięte, ale ten… Sierść miał białą jak włosy Jacka śnieżnobiałe. Potężne ciało, a przede wszytkim łapy wyposażone w błękitne lodowe pazury. Do tego dochodziły piękne lecz zarazem groźne niebieskie oczy, dziwnie podobne do Jacka. Ogólnie bardzo był do niego podobny.

Nie mylisz się, jesteśmy podobni.

Znów usłyszała jakiś głos w głowie i zaczęła się rozglądać kto to mógł byś. Jack roześmiał się i poprowadził ją w stronę wilka.
-Elso to jest mój opiekun.-
-C-o?- spytała niemrawo, bo wciąż wpatrywała się wielkimi oczami w białą postać. Jack wciąż chichocząc zaczął jej tłumaczyć.
-Każdy Obdarzony dostaje swojego opiekuna, gdy no nie wie kim jest. Ja jedyny się od razu nie domyśliłem i Księżyc go do mnie przydzielił. Jakbyś ty Elso na przykład została stworzona w osamotnieniu i mnie nie poznała też byś kogoś takiego miała. –Elsa pokiwała wolno głową, a wilk jakby się wyszczerzył w uśmiechu.

Muszę go nieustannie pilnować. Ten chłoptaś zawsze pakuję się w kłopotu i z trudem wychodzi z tego cało.

-Jako, że teraz przeżyłem bez ciebie to muszę się z tobą nie zgodzić.- odburknął.

Tak jasne. A ten incydent w Moskwie, albo w Neapolu lub w Rzymie i nie wspomnę o Pizie.

-Pizie?- spytała Elsa, wciąż poszukując źródła głosu.
-Yyy…Powiedźmy, że krzywa wieża w Pizie nie zawsze była krzywa.

Została zakrzywiona przez niego. Albo nie wytrzymała twojego ciężaru, albo zdołowałeś ją psychicznie.

-Ej wiesz przecież jak to było!- Podszedł bliżej do wilka wskazując groźnie palcem
Teraz Elsa zrozumiała z lekkim opóźnieniem, że ten głos słyszany w jej głowie pochodzi od tego wilka.

Jeśli mogę się wtrącić to nie wilka. Jestem o wiele wyżej w hierarchii niż te pozbawione oswojenia bestie.

-Tak, a ty jesteś udomowionym pieskiem. Bo uwierzę.- powiedział z drwiną Jack. Elsa niepewnie wreszcie odzyskała trzeźwość umysłu.
-Słyszysz co myślę?- zdziwiła się i lekko wystraszyła. Co mógłby wyczytać z jej głowy. Odruchowo się zarumieniła.

Nie do końca. Wychwytuję tylko te myśli, które krążą w głowach jakby z lekkim okrzykiem. Jakbyś myślała o czymś tak, jakbyś krzyczała to wtedy to usłyszę.

Elsa od razu jakoś się uspokoiła. Jej głowa została uspokojona. Pomyśleć ile mógłby w niej wyłapać chwil o których nie powinna wspominać. Znów się zarumieniła i zaczęła szybko mówić, aby ochłonąć.
-A więc po co wezwałeś swojego opiekuna. Przecież już nic nam nie grozi.- Jack nie od razu odpowiedział. Popatrzył znacząco na przyjaciela i mogłaby się założyć, że właśnie coś mu przekazuje. Po chwili dopiero popatrzył na nią z wymuszonym uśmieszkiem, który miał zmienić temat.
-Chciałem się rozerwać i przy okazji sprawdzić czy mnie nie oszukiwał z tym swoim bieganiem. W końcu jesteśmy w innej krainie…- to było całkiem logiczne, ale była przekonana, że czegoś jej nie mówi.

A właśnie! Jesteś mi winny czesanie. Wybierz jakąś dobrą szczotkę, bo chyba mam dużego kołtuna na…

-Oszczędź mi na chwilę szczegół. Naprawdę zero wyczucia. Niedawno omal nie zginąłem, z teraz mnie torturujesz….Też mi opiekun.- prychną na niego i wrócił wzrokiem do Elsy.

Ale i tak nie zapomnę. Uwierz, ja też żyję wiecznie… Dobra to co przejdziemy się? Dawno razem nie biegaliśmy.

-To prawda. –spojrzał rozpromieniony na Elsę.
-Chcesz się przejechać?- spytał łobuzersko się uśmiechając.
-No nie wiem…- chciała zaprzeczyć, ale po chwili Jack już ją poderwał od ziemi i teraz siedziała na gigantycznym wilku obtoczona wszędzie miękkim śnieżno białym futrem. Popatrzyła na podnieconą twarz Jacka i ogniki w jego oczach.

-Gotowa? Tylko trzymaj się mocno. To będzie ostra jazda…

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 40 Zadanie…

Przepraszam, ale dzisiaj króciutko. Znów mam problem z netem, ale obiecałam wam pisać i nie zostawiać. Jutro dłuższy i ciekawszy. Mam nadzieję, że spodoba się wam wstęp do nowego wątku... Nic nie zdradzam do jutra!!!! 
-On mnie nie przestaje zadziwiać…- powiedziała Anna gładząc włosy śpiącemu Kristofowi.
-Mógł przed chwilą umrzeć, a teraz chrapie sobie w najlepsze…
Jack przyglądał się tej scenie z daleka. Kristoff leżał na ciemnej i mrocznej posadzce, a koło niego klęczały Anna i Elsa. Obie uśmiechały się i zajmowały się śpiochem. Znów jego chrapnięcie odbiło się echem w opustoszałym pałacu. Jack miał dość. Czuł się potwornie… Nie wiedział co jest gorsze okropne poczucie winy związane z Elizabeth i Pożeraczami czy koszmarne zmęczenie i przeszywając ból. Miał dość! Jego życie ostatnio nie było najlepsze, ale starał się patrzeć na pozytywy. Chociaż oni przeżyli, a on cudem wliczał się w ich skład. Odesłał Pożeraczy i świat może odetchnąć z ulgą, nie czekając na zniszczenie. Mrok został wreszcie raz na zawsze pokonany i zostanie surowo ukarany. Ta myśl jeszcze bardziej go ucieszyła. Uśmiechną się lekko pod nosem i oparł się o ścianę. Zamkną oczy, aby choć na chwile przestać myśleć. Niestety umysł wciąż miał trzeźwy i pracował na najwyższych obrotach. Adrenalina powstała w walce z Mrokiem o władzę na Pożeraczami, wciąż płynęła w jego krwi. Ból po zacięciach od noża Mroka i sztyletu wbitego w jego pierś przez Else dawały mu siwe znaki. Dziwnie było to, że bolały go symbole na jego ciele. Paliły i znów miał uczucie, że wrzynały się w jego skórę, coraz głębiej się zapuszczając. Zsuną się po ścianie podciągając bliżej klatki nogi. Nic mu się nie chciało… Stracił wszelkie siły. Nagle poczuł lekki i delikatny dotyk dłoni na policzku. Niechętnie, ale ciekawość go zżerała, otworzył oczy. Okazało się, że jest w swojej sypialni już w pałacu Arendell. Wstrząsnęło go to… Jak się tu znalazł? Dlaczego nie pamięta tego, może zasną? Ale kto? Te pytania pozostały, ale trudnił się tym, że nikogo tu nie było. Leżał na łóżku, sam…ale ktoś go obudził. Może mu się zdawało? Nagle zobaczył Elizabeth. Stałą przy oknie wpuszczając promienie słońca do jego pokoju. Uśmiechała się szeroka i była taka rozpromieniona. Zmieniła się… Wyglądała bardziej dojrzale i pięknie. Włosy tak jak dawniej opadały jej ognistymi falami na ramiona i pozostał ten zielony błysk w jej oczach. To pozostało, ale reszta. Była wyższa i jej cera przybrała dziwnego koloru złota. Miała na sobie piękną, przewiewną białą szatę zakończoną małymi akcentami w kolebże miodu. To wszystko było do zniesienia, ale ta poświata, która spowijała ją, była jakaś dziwna. Po chwili wpatrywania się w nią zobaczył, że tworzy zarys rozłożystych złotawych skrzydeł. Zapierało mu dech w piersiach. Elizabeth z cichej lecz później wybuchowej myszki, stała się utożsamieniem wytworności, ale zawsze jej to przychodziło z trudem.
-Jack wiem, że nie możesz się pogodzić z moim wyborem.- odezwała się wreszcie jako pierwsza i zaczęła się powoli przybliżać w jego stronę.
-Nie to jakoś jest do zaakceptowania, ale gdyby nie ja nie musiała byś tego robić. Sam powinienem tak postąpić. Odpokutować winy…- spuścił głowę, nie mogąc dalej patrzeć na swoją przyjaciółkę.
-Jack to nie twoja wina. Ja sama jestem za to wszystko winna. Gdyby nie moja zazdrość i ślepota nigdy by się to nie wydarzyło.- Jacak już nie wiedział co powiedzieć. Ten argument miażdżył wszystko.
-To było moje przeznaczenie Jack. Zostałam wybrana na osobę, która miała nosić w sobie dar Ognia do czasu, gdy urodzi się odpowiednia osoba. Tak się wydarzyło. Księżyc dostrzegł tą osobę i ją Obdarzy. I tak musiałabym oddać nieśmiertelność i zdolności, ale mogłam pomóc Kristofowi. Ty też byś to zrobił…-
-Tak zrobiłbym.- uśmiechnęła się znowu. Podeszła do niego i położyła rękę na jego ramieniu.
-Nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa. Księżyc powierzył mi pewne zadania, które są dla mnie stworzone. Jeszcze się zobaczymy.
-Jakie zadania?- spytał, bo uważał tą mowę za pożegnalną. Nie chciał aby odchodziła.
-O to jedno z nich. Jack musisz byś gotów. Zostały Obdarzone dwie wybrane osoby. Musisz je odnaleźć i wytłumaczyć kim są. Musisz ich nauczyć wykorzystywać swoje zdolności, by pomagały ludziom i światu. Nie pozwól aby byli samotni tak jak my kiedyś.- jej ręka spoczęła przez chwilę na jego policzku i zaczęła zanikać. Po chwili rozpłynęła się w jaskrawym blasku i zniknęła.
Jack otworzył oczy i zobaczył, że wcale nie był w zamku. Wciąż siedział przy ścianie…skulony i wpatrujący się w przyjaciół. Miał wrażenie, że przez ułamek sekundy tutaj był z Elizabeth o wiele dłużej. Wiedział, że nie będzie miał wytchnienia. A tak o tym marzył. Ma kolejną misje, która nie jest wcale prosta. Musi odnaleźdz dwie osoby rozproszone po świecie. Co to dla niego.. On sam przeszukujący miliardy ludzi. Cześć jestem Jack, czy jesteś Obdarzonym?- super pytania. O rany…Nie no łatwizna. Wstał niechętnie z podłogi i chwiejnymi krokami podszedł do reszty. Elsa od razu popatrzyła na niego ze szczerym uśmiechem.
-Może wyniesiemy się stąd, zanim firma sprzątająca się wkurzy?-
-A co z Kristofem? Nie chcę go budzić.- chciał jej odpowiedzieć, że będzie ogłuszał ludzi w królestwie, ale błagalny wzrok Anny go powstrzymał.
-No dobra!- uniósł ręce ku górze i nagle go olśniło.
-Nie mogę obiecać, że się nie obudzi na tej przejażdżce.- powiedział to uśmiechając się szeroko. Zobaczył zdziwione miny dziewczyn i mimowolne wzruszenia ramion.
-Jaką przejażdżczkę? Mamy twój powóz koło zamku. –odezwała się Elsa wstając.
-Ostatnio, nie mieliśmy lekko i chciałbym się troszkę zrelaksować. Pozwolicie?- spytał lekko się kłaniając. Elsa niepewnie się uśmiechnęła i potaknęła głową.

-Dobrze! A więc pokarzę wam mojego przyjaciela…