Frozen Love

Frozen Love
Forever

niedziela, 9 listopada 2014

,,Frozen Fever''

Nie wiem dokładnie czy wszyscy dobrze wiedzą o tym, że ma powstać kontynuacja Frozen.
Jego pełna nazwa tak jak podałam jako tytuł posta to ,,Frozen Fever''. Nie wiem, czy będzie taki jak pierwsza część, ale ma opowiadać o urodzinach Anny. Czyli nici z Jacka. Jeżeli pojawi się tam jakiś Królewicz z bajki na zasranym magicznym koniu zamiast Jacka, to się załamię.  Niestety, tak to bywa. Widocznie nic o Jacku. Pierwsze info o tym dostałam od przyjaciółki. Tu jest link
http://www.eska.pl/news/kraina_lodu_2_czyli_frozen_fever_potwierdzone_kiedy_premiera_kontynuacji_frozen_zobacz_video/104458

Chociaż powstanie następna część. Nic nie wiadomo na temat ,,Strażników Marzeń''- kolejny zawód.
I jak tu się nie wściekać...
Ten post jest przeznaczony dla tych, którzy nie wiedzieli. Ostatnio pytała się mnie o to jedna osoba, więc to jest odpowiedź. Miło, że jest za powiedziona następna część, ale każdy kto czyta opowiadania o Jelsie miał skrytą nadzieję, że ich miłość się pojawi. Ja miałam wielką.... Nic wyżyję się w opowiadaniu pełnym Jacka i Elsy!!
Czytajcie i piszcie!!

Rozdział 34 Wezwanie.

Zapewne dobrze wiecie, kogo jest to wezwanie, ale może was trochę zaskoczę. Mam nadzieję, że się spodoba i się nie gniewacie za nieobecność... A i przepraszam za ewentualne błędy...Ach ten polski!

-Nie mówisz poważnie…prawda?- powiedział niepewnie Kristoff.
-Niestety tak. Jack jest teraz całkowicie pod jego władzą i Mrok korzysta z jego mocy. Mogą narobić niezłego bałaganu. Czytałam w Cyrusimie, że łączenie aż tak potężnych mocy, może zrobić wiele dobrego, albo…-  zawahała się. Popatrzyła na przerażone twarze utkwione w niej i tylko czekające jak skończy.
-Albo zniszczyć cały świat.- Usłyszała jak po kolei wstrzymują powietrze, albo przełykają głośno ślinę.
-Niby jak!? Przez te wilczki. Elsa rozgromi te niegrzeczne kundle swoim batem, prawda?!- spojrzał teraz błagająco na Elsę, ale ona wciąż była nie obecna duchem.

-Nie. Te wilki jak wam mówiłam to początek. Mrok chce stworzyć przerażające stworzenie i podporządkować sobie wszystkie wymiary magiczne i świat ludzi. Po kolei za sprawą Jacka.
Dlatego musimy szybko ich rozdzielić. Im dłużej Jack jest z nim połączony tym trudniej będzie bo uwolnić. Teraz jest jeszcze otępiały i kieruję się samymi poleceniami, ale później sam będzie podejmował decyzje opowiadające Mrokowi.-
-Nie wierzę! Frost ma swój porąbany łeb… Ale nie jest tak głupi. Na pewno jest tego świadomy.-
-Nie. Zaklęcie wiążące jest bardzo potężne.-
-Ja nic nie kumam. O co w nim chodzi…- powiedział zrezygnowany Kristoff.
-Rany! Nic dziwnego, że wyrzucono cię z zerówki. Gdy już zwiąże się wybrane osoby powstaje mocna więź. Jedna wybrana jest dominująca. Wpaja to co chce drugiej nie zważając na jego wolę. Jack zapomniał o wszystkim innym. W głowie ma teraz tylko Mroka, jego polecenia są teraz dla niego święte tak jak on. Zrobi wszystko dla niego…
-I ty chciałaś to zrobić dla siebie. To chore!- wtrąciła się Anna.
-Wiem … Wiem, ze to nienormalne. Ja nie wiem co robiłam. Chciałam odebrać mu wolną wolę i zmusić do kochania mnie, ale już nie chcę. Naprawdę, chcę mu pomóc i odpokutować winy.-
-Nie wierzę ci…- powiedziała cicho Elsa. Zwróciła się w stronę Elizabeth ze widocznymi łzami w oczach.
-Nie wierzę, że ty się zmieniłaś. Nie zważałaś na jego wolę wcześniej to dlaczego teraz miało by byś inaczej.-
-Ja przepra…-
-On chciał mnie wtedy zabić!- wykrzyczała, a jej głos odbił się od lasu i kamiennego muru.
-Elso.- Anna chciała do niej podejść, ale pokazała ręką, że nie chcę.
-Wiem co zrobiłam. Widzę to teraz. Byłam zaślepiona obietnicą Mroka, ze wreszcie nie będziemy sami. Wiesz chyba dobrze co to za uczucie. Nie mieć nikogo takiego jak ty. Kto cię rozumie i pomaga.-
-Wiem.-
-Naprawdę, pomogę Jackowi i odejdę. Nie wrócę nigdy, mogę się nawet oddać w twoje ręce. Możesz mnie zabić, nadziać na sopel, zamrozić co chcesz. Wisi mi to. Moje istnienie jest pomyłką miałaś rację.- Spuściła głowę i odwróciła się w stronę lasu. Miała już iść w jego stronę, ale Elsa znalazła się za nią i wzięła ją za rękę. Towarzyszył jej zimy wiatr, ale w jej twarzy nie było nic wrogiego. Patrzyła na nią z uczuciem i szklanymi oczami po łzach.
-Teraz mogę ci zaufać. Przekonałaś mnie. Ale uważaj musisz pokazać, że się zmieniłaś i nam pomóc.-
-Zrobię wszystko co trzeba.- Wymieniły spojrzenia i się uśmiechnęły. Pierwszy raz atmosfera pomiędzy nimi nie była napięta. Elsa wytarła oczy i spojrzała teraz na Kristoffa.
-Na pewno uda ci się przetopić te kajdany na nóż?- na powrót na twarzy wystąpiło zdeterminowanie.
-A myślisz, że te mięśnie były rzeźbione tylko przez lód. Nie schlebiaj sobie…-
-Dobra, a teraz jak się ram dostaniemy?-
-Tym się nie martw. Sprowadziłam wasz pojazd.- gwizdnęła i po chwili usłyszeli znajome rżenie koni i stukot kopyt i kół. Nagle spomiędzy drzew wyłoniła się lodowa kareta Jacka. Konie były jak zwykle gotowe do drogi i wierzgały co chwilę.
Wszystko było znajome, ale powóz sam w sobie się zmienił. Lód który go tworzył był prawie przeźroczysty i wyglądał na bardzo kruchy. Wcześniej mienił się błękitem i mocą. Konie były silne, ale tak samo jak powóz wyglądały jakby chciały się rozsypać na płatki śniegu
-Dojedziemy tym na miejsce? Nie lubię, aż tak lodu. Mogę iść pieszo.- wymigiwał się Kristoff.
-No wiesz mamy tu kolejnego mistrza lodu.- spojrzała ciepło na Elsę. Odwzajemniła to, ale znowu wyglądała na zakłopotaną. Podeszła powoli do jednego z koni i poklepała go po boku. Potrząsną zadowolony grzywą, ale na dłoni Elsy pozostał śnieg. Popatrzyła na niego i zaczął się po woli rozsypywać. Szybko znów go dotknęła i po chwili jego wnętrze wypełnił błękit. Wyglądał na mocniejszego i jeszcze bardziej radosnego. Popchnął ją trącając głową w stronę innych koni. Elsa pomogła im wszystkim, a potem dotknęła samego wozu. Znów wypełnił się niebieskim kolorem, ale biło teraz od niego jasne światło. Uśmiechnęła się zadowolona i odwróciła do pozostałych.
-A teraz Kristoff. Potrzebujemy woźnicy.- Pstryknęła palcami i strój Kristoffa zmienił się w tani i poszarpany garnitur i był o wiele za mały dla niego.
-Ej! Co to ma być!!- Dziewczyny zaśmiały się, ale Kristoff nie był zadowolony. Próbował podejść do sanek, ale każdy ruch był utrudniony.
-Elsa!! Gacie wżynają się w mój tyłek jak jakieś springi!!- krzyknął zrozpaczony.
Elsa ulitowała się nad nim i znów Kristoff był w swoich starych ubraniach. Odetchnął z ulgą rozmasowując tyłek.
-Nie będę mógł siadać przez tydzień. Tak mi go wyjeździłaś, że jest głębszy niż rów mariacki.
-No już już! Teraz jedziemy.-
Dziewczyny wsiadły jeszcze się śmiejąc, a Kristoff zajął miejsce z przodu. Powoli jakby sięgał, że poduszka go ugryzie wreszcie usiadł. Odetchnął z ulgą i otworzył okienko do środka.
-Mam szczęście, że poduszka jest miękka. Szczerze fajnie chłodzi.
-No już nie zapędzaj się ze zwierzeniami i jedź.- Kristoff posłusznie odwrócił się i szarpną lejce. Konie tylko na to czekały i polecieli szybko przed siebie. Powóz mknął jak nigdy przedtem.
-Troszkę go ulepszyłam.- powiedziała reszcie.
-Czujemy! Już moja kolacja uciekła ode mnie.- powiedział Kristoff hamując kolejny napa wymiotowy. Elsie się podobało. Od dawna nic ją tak nie orzeźwiło. Nareszcie się jakoś wyluzowała. Zimny i chłodny wiatr pomagał jej z nerwami. Wciąż się zamartwia o Jacka, ale teraz…czuję się wolna.
 Nie nacieszyła się długo bo właśnie stanęli przed zakładem kowalskim. Anna i Elizabeth wyszły, ale ona zdziwiona i lekko oburzone jeszcze siedziała na miejscu.
-Sama go tak ulepszyłaś.- powiedziała Anna. Jako siostra rozumiała Elsę bez zbędnych słów.
Wysiadła jeszcze trochę smutna, ale chłodne powietrze wieczoru polepszyło jej humor. Dostrzegła Kristoffa, który miał nienaturalny kolor twarzy. Pomiędzy zielonym, a żółtym… naprawdę trudno było określić.
-Rety… Elsa chcesz mnie wykończyć!- powiedział zasłaniając usta ręką.
-A co za wolny. Może go przyśpieszę.
-NIE!!! Nie trzeba!- powiedział szybko ledwo łapiąc dech.
Zaśmiała się i poszła przodem. Zapukała do obszernych drewnianych drzwi i usłyszała ujadanie psa. Zaświeciło się światło i po chwili otworzyły się. Staną przed nimi masywny koleś z długą ciemną brodą ,na której było już widać siwiznę. Za to na głowie nie miał ich. Był wielki i muskularny, a Kristoff przy nim wyglądał na małego chłopczyka.
-Królowo!- krzyknął kłaniając się.
-To zaszczyt. I to o tej porze.
-Musimy skorzystać z twojej pracowni. –
-Ależ oczywiście. Już wszystko przygotuję.-
-Nie trzeba. Wracaj do rodziny, a my się zajmiemy swoimi sprawami. Miałeś dzisiaj ciężki dzień i jutro pewnie nie będzie lżejszy. Idź spać.-
-Dziękuję królowo. A i to są klucze.- Sięgną je z małego haczyka koło drzwi. Podał je delikatnie, chociaż jego ręce były o wiele większe od niej. Uśmiechnęła się i wyszła. Jeszcze przez chwilę na niech patrzył ,ale  potem wszedł znów do domu. Dała klucze Kristofowi, a on szybko otworzył pracownie.
W środku było ciepło i troszkę parno. Od razu rzucał się w oczy olbrzymi piec i wielki stos drzewa i węgla po bokach. Na ścianach wisiały miecze i najróżniejsze narzędzia. Po drugiej stronie był okazały stół i kowadło na małym pachołku. Wszystko było w najlepszym porządku i ładzie.

-Tylko nie mieszajcie. Kowal zawsze zostawia narzędzia w określanym miejscu.-
-Dlatego nim nie zostałeś. Jesteś straszna fleją.- powiedziała baz ogrudek Elsa.
-No troszkę. Musimy szybko rozgrzać piec, ale to długo potrwa, jest zimny od wielu godzin.-
-Odsuń się chłoptasiu.- Elizabeth przeszła koło niego w stronę pieca. Wrzuciła szybko kilka łopat węgla i drewno na początek. Po chwili opuściła szybko ręce, na których pojawiły się płomienie. Rzuciła je do środka i od razu buchnął żar. Temperatura szybko skoczyła i się zwiększała. Odwróciła się z wyraźnym triumfem i poklepała Kistoffa po ramieniu.
-Dawaj! Popisz się.- ściągnęła łańcuch z pasa i wepchnęła mu go w rękę. Odeszła do dziewczyn a on zaczął wytapiać. Dorzucił jeszcze kilka łopat i nagle zrobiło się tak gorąco. Elsa próbowała zmniejszać temperaturę, ale rosłą za szybko.
Po godzinie Kristoff i dziewczyny były strasznie spoceni. Tylko jedyna Elizabeth nie zdawała sobie z tego sprawy. Jej to w ogóle nie przeszkadzało. On na dodatek parę razy się oparzył i usmolił. Ale na koniec mieli nóż. Naprawdę się kiedyś szkolił. Wyglądał pięknie. Srebrny z bujną rękojeścią . Symbole, które były na kajdanach pojawiły się po chwili na ostrzu.
-Brawo!- powiedziała Elizabeth, nawet z nie udawanym podziwem.
Anna podbiegła do niego i pocałowała go w jego spocony i brudny policzek.
Może się zarumienił, ale i tak był czerwony. Podszedł do Elsy i podał jej go.
-Uratujemy go.-
-Wiem!- powiedziała to uśmiechając się. Po chwili w pomieszczeniu zapanował przyjemny chłodek.
-oj dzięki!- odetchnął zadowolony Kristoff.
-Co teraz?- spytała Elsa
-Znacie jakąś polanę ze stawem?-
-Tak tuż niedaleko obok zamku jest wolna przestrzeń  wychodząca na las. Jest też tak jezioro.
-Tak! Jedziemy tam.
Wyszli w pośpiechu oddając klucze kowalowi. Zapewnili o pozostawionym porządku i znów pognali dalej miastem. Po jakiś pięciu minutach, skończyły się domy i było widoczne morze. Widzieli rozchodzące się polany i skrawek lasu. Gdy się przybliżyli dostrzegli jezioro.
Esie kojarzyło się on i źle i dobrze. Jack został ranny, ale go spotkała.
Wyszli zostawiając powóz i zdenerwowane konie. Szli razem przybliżając się kolejnymi krokami ku jeziorze.
-Będzie w sam raz.- powiedział Elsa.
-I co teraz? Mamy nóż i zaklęcie, a nawet księżyc w pełni.- powiedział Kristoff wskazując na niebo.
-Zobaczysz. Tylko zachowajcie spokój.- Odeszła od nich ściskając księgę w rękach i przytulając do piersi. Była już nad samym brzegiem. Pozostali niepewnie ruszyli za nią przyglądając się jej z uwagą i w ciszy.
Elizabeth była widocznie bardzo zdenerwowana, nóż w jej rękach trząsł się i odbijał blask księżyca. Położyła go na ziemi koło siebie i otworzyła Cyrusim. Zaczęła czytać tamto zaklęcie w nie znajomym dla reszty języku. Gdy odczytywała kolejne linijki wszędzie robiło się coraz ciemniej i ciszej,. Wiatr przestał wiać, ale ciągle było zimno. Księżyc wciąż trwał, ale świecił coraz mocniej. Nie widać było już nic poza nim. Nagle zrobił się całkiem niebieski. Jego tarcza mieniła się błękitem. Elizabeth skończyła czytać i wzięła z powrotem nów. Odłożyła księgę i wyprostowała się w kierunku jeziora. Chwyciła pewniej nów i rozcięła powierzchnię dłoni. Krew pociekła jej prosto do wody. Dokończyła zaklęcie i nagle księżyc zniknął.


 Zrobiło się jeszcze

bardziej upiornie. Stali tak przez chwile w ciemnościach i nagle jezioro zaczęło błyszczeć tak jak przed chwilą księżyc. Woda jak by się ustąpiła i wyłoniła się zniewalająca postać.

Elsa od razu ją poznała. Widziała ją już w Zamku Simona na jedynym obrazie. Miał srebrną zbroje i piękną białą twarz. Jego włosy wyglądały jak czyste srebro, a oczy były nieprzeniknione. Biło od niego jasne światło, ale nie oślepiało tylko zachęcało do patrzenia. Wszyscy utkwili wzrok w jego osobie. Nagle obniżył się i rozłożył zachwycające złote skrzydła. Wyglądały podobnie jak u anioła, ale było piękniejsze. Po chwili Elsa zrozumiała, ze jego oczy są jak miód. Na ciele miał takie same symbole jak Jack, tylko jego był jak jarzący się ogień, a tej postać jak płynne złoto. Uśmiechną się do nas przyjaźnie, a my zrobiliśmy podobnie. W ręce trzymał długi piękny miecz z podobnymi symbolami.
Teraz dotykał błyszczącej tafli wody, jakby na niej stał. 

Rozdział 33 Szalony plan!!

Mało zdjęć, bo chciałam szybko wam to napisać. W następnym będzie więcej i o wiele więcej akcji. Dochodzimy do końca... Trzymajcie się !!!

-CO!? –cała trójka teraz z wytrzeszczonymi oczami świdrowała Elizabeth. Ona cały czas opierała się o ścianę, nie zważając na ich reakcje. Rzuciła im wyższe spojrzenie i głęboko westchnęła.
-O co wam chodzi? Nie dosłyszeliście. Księżyc! Trzeba go wezwać!-
-Przepraszam, że ci przeszkodzę, ale Księżyc to wielka srebrna tarcza na ciemnym niebie…Nie można go wezwać. Może jesteś wilkołakiem?!-
zapytał sarkastycznie.
-Tak chodzę i wyję do księżyca. Mam pchły i mieszkam w budzie. Do tego jestem strasznie owłosiona… Zadowolony! Jejku! Czy ktoś mu wyjaśni o co mi chodzi!-
Anna się zaśmiała, ale Elsa nie była jeszcze przyjaźnie do niej nastawiona.
-Nie martw się Kristoff, jesteś idiotą, ale ja też nie wiem, o co jej chodzi. Czy będziesz łaskawa i się streścisz?!- powiedziała wrogo. Elizabeth nie odpowiedziała nic tylko patrzyła na jej ponurą minę.
-Podobno Jack mówił ci wszystko?-
-No bo mówił!-
-Właśnie, że nie! Jeżeli uważasz, że Księżyc to jakaś srebrna tarcza to nic ci nie powiedział.-
-No przecież wiem, że jest to opiekun strażników. Stworzył ich wszystkich i przy okazji ciebie. Ale z tobą uważam to za jakąś pomyłkę. Może go trochę zamroczyło. Chyba wtedy było zaćmienie-
-Możesz sobie mówić o mnie co chcesz, ale tak masz trochę racji. Ja zostałam w pewnym sensie obdarzona, ale nie ze względu na Księżyc tylko na Jacka.- wszyscy nie byli wstrząśnięci. Anna i Kristoff owszem, ale Elsa wiedziała o co chodzi. Pamiętała jak jej opowiadał, jak ona… był normalna. Jeżeli kiedyś była. Była pierwszą osobą, która zobaczyła Jacka, ale nawet w niego nie wierzyła, po prostu widziała. Wtedy nie znał innych strażników, bo był stosunkowo nowy w swojej posadzie. Gdy podeszli do siebie łącząc dłonie ona została stworzona jako naturalne przeciwieństwo Jacka. On pan Lodu, a ona pani Ognia. Prychnęła z niesmakiem.
-Ja nie mogę! Takie historie trzeba opowiadać dzieciom na dobranoc!- wykrzyczał podekscytowany Kristoff.
-Tak, żeby tak jak ty rozwalili łóżko.- Anna miała racje. Kristoff był tak przejęty, że wskoczył na nie i zaczął lekko podskakiwać.
-Złaź z tamtąd!- krzyknęła Elsa.
-Bo dostaniesz szlaban!- Anna popatrzyła zdziwiona na siostrę. Czyżby nareszcie się rozluźniła. Pierwszy raz od początku sprawy z Jackiem była szorstka, ale nie sarkastyczna i żartobliwa. Może perspektywa planu ratowania pociesza ją dając nadzieję.
-Dobra dziecieczki! Wracamy do naszych spraw?- spytała podenerwowana Elizabeth.
-No ok! Teraz wszyscy wiemy co miałaś na myśli. Księżyc to opiekun, odznaczająca się swoją osobą na niebie w nocy. I chcesz go wezwać? Niby jak? Pójdziesz na górkę powyjesz sobie i zaczniesz z nim pogawędkę.- powiedziała Elsa.
-Coś w tym rodzaju. Chodzi mi o to, że Księżyc to nasz stróż, ale jego osoba jest jak to ująć…w innym wymiarze, lub świecie. Musimy go przywołać do tego za pomocą księgi ze zamku Simona. On pierwszy został strażnikiem.-
-Co?- powiedziała Elsa.
-On był strażnikiem?-
-Tak. On był pierwszy, ale po jego samobójstwie jego moc zniknęła z tego świata, powracając do Księżyca. Prędzej czy później musiałby kogoś nią obdarzyć. W naszym świecie musi byś równowaga. Gdy Księżyc zobaczył umierającego Jacka i dostrzegł jego charakter…wnętrze…-
Nie zapędzaj się!- ryknęła Elsa.
-Wybrał go na miejsce Simona. Jak, że on był pierwszym, dostał od Księżyca nie tylko zdolności, ale i dary. Różne zaklęcia, księgi by opanować moce i jeszcze inne. W jednej z ksiąg zauważyłam sposób wezwania w obliczu potwornego zagrożenia samego Księżyca.-
-Coś nie wydaje mi się to bezpieczne.- powiedział cicho Kristoff. Anna na niego fuknęła, więc teraz usadowił się zrezygnowany na podłodze. Opierając twarz na ręce.
-Bo nie jest. Jest to bardzo niebezpieczne! Nikt jeszcze go nie wzywał, ale na dole pisało, że jeżeli ktoś wezwie swego Pana bez powodu, będzie na miejscu ukarany najgorszą z kar.- Kristoff przełknął głośno ślinę, a Anna wlepiła przerażony wzrok w Elsę.
-Sorry, ale ja nie chcę umierać. Jestem za młody i piękny na to!-
-Są gorsze rzeczy od śmierci.- powiedziała Elizabeth.
-Ja się na to piszę! Mam gdzieś jakąś tam karę, ale wy?!-
-Co masz na myśli? Zrobię wszystko dla Jacka! To jak go wezwiemy!- powiedział to z słyszalną determinacją w głosie. Stanęła sztywno przybliżając się powoli do Elizabeth.
-No właśnie…tu miałam problem.-
-Niby jaki?-
-Nie mam księgi, a tylko w niej było to wszystko opisane.-
-Chyba żartujesz?! Co mamy teraz zrobić wedrzeć się tam i po prostu zapukać i poprosić o księgę by odebrać Jacka Mrokowi. Na pewno nam pozwoli!- krzyczała i wymachiwała rękoma. Była już bardzo blisko niej. Mogła ją sięgnąć na wyciągniecie dłoni.
Kristoff wstał zrezygnowany i już chciał wyciągnąć zdjęcie Svena i małą pomarszczoną marchewkę i w tej chwili wyleciała książka. Elizabeth pierwszy raz pokazała na swojej twarzy inne uczucia niż skrucha i powaga…była bardzo zdziwiona.
-S-skąd t-y to wzią-łeś?- mówiła niewyraźnie pokazując przedmiot na podłodze.
-Księga zabrana z zamku tego…tego Sajmona. Czy jakoś tak?!- wzruszył ramionami. Anna popatrzyła na niego przeszywając wzrokiem.
-Simona! Czy ty słuchałeś?-
-A myślisz dlaczego jestem dostarczycielem lodu? Wyrzucili mnie ze szkoły już w zerówce…- Anna parsnęła śmiechem, ale widząc urażoną twarz Kristoffa podeszła do niego i ucałowała go w policzek. Zarumieniła się i dodał
-No może z tobą bym zdał do pierwszej klasy. Dawałabyś mi ściągać.-
-Nie. Motywowałabym cię.- i pocałowała go w drugi. Elizabeth tak i Elsa nie miały ochoty patrzeć na takie sentymenty w chwili zagrożenia życia Jacka. Obie go kochały i to było przyczyną problemu.
-Dobra koniec tych czułości! Daj mi tą księgę!- wyciągnęła rękę, a Kristoff posłusznie ją podniósł i podał Elizabeth. Była widocznie zachwycona nią.
-Cyrusim! –powiedziała pod nosem.
-Że co?!- zapytał tępo Kristoff.
-Cyrusim. To jej nazwa. Dobra teraz zajrzyjmy.- wzięła pewniej księgę w ręce i otworzyła ją delikatnie. Była bardzo stara i poniszczona. Kartki ledwo trzymały się w środku, a okładka w strzępach. Przy przewracaniu stron towarzyszył im nieprzyjemny zapach stęchlizny.
-Czy zdechł tam jakiś szczur?- zapytał Kristoff przez nos. Elizabeth już nie zwracał na niego uwagi i została wciągnięta w poszukiwania odpowiedniego zaklęcia. Trwało to może z 10 minut. Musiała wrócić się od końca, bo go nie znalazła. Wreszcie natrafiła na właściwy fragment.
-Jest tutaj!
 ,,Kinos Deli amno falidde.
 Cumlo sahi elemi delivo.
 Ifgo betvo veli fotume Kerum’’.

Chyba nikt nie zrozumiał słów tego zaklęcia, ale Elizabeth czytała go bez zająknięcia. Wpatrywała się w litery, jakby miały głębszy sens. Gdy oderwała  wzrok do księgi, zrozumiała zakłopotane pozostałych.
-To jest język strażników. Wybrańców Księżyca. Tylko ci, którzy zostali wybrani  przez Księżyc umieją to odczytać i zrozumieć. Tak samo jest z symbolami. Każdy ma jakieś znaczenie, ale jest niedostępne dla innych. Ja znam podstawy, dzięki Jackowi.
-Fajnie! Bo już się martwiłem, ze jestem analfabetą.- powiedział zadowolony Kristoff.
-I co teraz? Mamy zaklęcie i co wypowiemy je i on przybędzie?- zapytała Anna.
-Nie to trochę skomplikowane…Ech! Musimy to zrobić podczas pełni Księżyca w jakimś dobrym miejscu. Powinno byś dużo przestrzeni i potrzebujemy noża.
Kristoff pewnie przeglądał zawartość swojej torby. Po chwili wyją mały i tępy nożyk kuchenny , na którym widniały tłuste ślady.
-Co?! Po maśle. Jedliśmy z Svenem bułki z parówką!-
-Dzięki za starania, ale potrzebujemy metalu wybrańca. Pierwszego z darów Księżyca. Były to na przykład te kajdany i nóż, który…ymmm przykładałam tobie do gardła. Wybacz!- spojrzała przepraszająco na Annę. Ona wciąż miała głębokie zadrapanie na szyi. Równolegle i bardzo prosto, biegła jeszcze świeża, czerwona kreska. Była na tyle długa, że osoby, które tego nie widziały brałyby to za jakiś wzorek lub nawet naszyjnik.
-Co było to było. Czyli co, nadal jesteśmy w kropce. Nie mamy tego…
-A nie mamy! Wziąłem trochę tego łańcucha na przetop na bardzo dobre płozy.- znów zagłębił dłoń w torbie w poszukiwaniu.
-Co ty tam trzymasz?- rzuciła zdegustowana Elsa. Raz wyrzucił z niej spleśniały ser.
-To raczej nie był serek pleśniowy.- dodała tak samo zniesmaczona Anna.
Wreszcie z dna wyją niezbyt długi srebrny łańcuch. Nie było na nim ani cala rdzy, chociaż miał wiele wieków za sobą. Na całej jego powierzchni widniały symbole podobne do tych co na skórze Jacka. Elsa wzdrygnęła się na samą tą ponurą myśl. Przypomniała sobie Jacka, grożącego je nożem z pustymi oczami i znakami wypalonymi na jego ciele. Potem jak płakał czarnymi łzami, gdy nie mógł jej zabić. Teraz i ją zapiekły oczy, ale  miała dość determinacji by się powstrzymać. Widziała już nadzieje. Miała wiarę, ze mu pomogą.
-Nie wiem czy mam się cieszyć czy raczej dziwić. Zawsze chodzisz w nieznajome miejsca i zabierasz przedmioty jak w jakimś supermarkecie?-
-W czym?- spytał zdziwiony. Elizabeth zapomniała, ze światy są podzielone nie tylko strefami, ale także czasem. Owszem sprowadzono tutaj dużo rzeczy, ale jeszcze nie są tak rozwinięci, jak świat ludzi.
-Sorry! Zapomniałam, że to inny świat. Wracając, musimy iść teraz do kowala aby nam to przetopił na nóż. –
-O tej porze nikogo nie będzie. Jest pierwsza w nocy. A do tego był alarm wywołany twoim pożarem.- Elsa spiorunowała Elizabeth wzrokiem.
-Tak tak! To mój pożar. Dobra, a może poprosicie go o przysługę. Ty podobno jesteś Królową.- pierwszy raz od pojawienia się tutaj, rzuciła zgryźliwą uwagę. Chyba czuła się coraz pewniej w ich towarzystwie. Kristoff widząc jak Elsa patrzy na nią, zaciskając ponownie pięści, staną miedzy nimi.
-Ja umiem! Kiedyś chciałem nim zostać, ale lód bardziej mnie pociągał.-
-Bo będę zazdrosna.- dodała Anna.
-Dobra, to idziemy. Pożyczymy sobie pracownie nie budząc waszych kochanych poddanych. – powiedział sarkastycznie Elizabeth. Elsa już gotowała się w sobie. Co ona sobie myśli. Jest tutaj, bo Elsa jest na tyle zdolna, aby jeszcze jej nie zabić. Gdyby nie to, że jest im potrzebna to już by się zabawiła.
Idziemy!- powiedziała stanowczo zwracając się w stronę drzwi. Reszta poszła w jej ślady. Najpierw Anna poganiała Krostoffa, chowającego swoje ,,skarby’’ z powrotem do torby, a na końcu szła Elizabeth. Miała w rękach Cyrusim, a łańcuch oplotła sobie wokół pasa. Szła zamyślona rozglądając się po zamku. Weszła do ich pokoju przez okno, więc nie widziała wszystkiego we wnętrzu. Zdziwiło ją to, że wszystko było albo zamarznięte albo przykryte śniegiem. Ona nie przywykła do lodowatego pomieszczenia i powietrza. Pocierała sobie energicznie ramiona i chuchała w dłonie swoim ognistym oddechem. Elsa zobaczyła to i na złość, wywołała mroźny powiew wiatru. Elizabeth wiedziała, ze zrobiła to specjalnie, więc ona przygrzała trochę. Śnieg i lód zaczął się rozpuszczać i wszyscy stosunkowo pocić. Szli teraz nie po śniegu tylko po wodzie. Anna nie wytrzymała tej wojny na żywioły.
-Przestańcie! Mam dosyć. Albo nas zamrozicie, spalicie lub wypłuczecie. Nie wiem co gorsze, więc przestańcie.- kolejnie zmagania nie nastąpiły. Elsa przyśpieszyła kroku z lekko oburzoną miną, za to Elizabeth uśmiechała się.
Wyszli nareszcie z zamku idąc w stronę wewnętrznego muru. Jeden ochraniał zamek, a drugi całe miasto.
-Jak dostaniemy się do kowala. Jest ciemno, a przecież niedawno zaatakowały nas lodo…mroczno..ciemne..złe wilki.
-Co?- spytała zdziwiona Elizabeth.
-Zostaliśmy napadnięci przez dziwne wilki. Były ogromne i jakieś nienaturalne.- tłumaczyła Anna. Elizabeth zamyśliła się co nie uszło uwadze Elsy. Stanęła podchodząc do niej szybko.
-O co chodzi? Czego nam nie mówisz?- spytała poważnie.
-Te wilki stworzył Jack.- Elsa spiorunowała ją wzrokiem nie wierząc w te słowa. Jak on mógłby ją atakować tworzyć coś takiego. Przecież zaatakowały ich i omal nie zabiły.
-Nie wierzę. On nie mógłby…nie umie…- tłumaczyła go Elsa. Odchodziła powoli od niej spuszczając wzrok i kręcąc energicznie głową.

-Umie! Gdy połączył moc swoją i Mroka, tworzą coś nowego, mrocznego, ale bardzo potężnego. To były tylko próby. Nie wiem co on knuje, ale mając Jacka, może stworzyć najbardziej przerażające stwory na świecie.- powiedziała Elizabeth ze słyszalną grozą.

Wracam!!!

Nie wiem czy zdołacie mi wybaczyć, ale nie mogłam ostatnio pisać.
Nie wiem czy to jest dobre usprawiedliwienie, ale ostatni tydzień spędziłam w szpitalu.
Nie wiem czy u was, w waszym języku, tak się to mówi. Ale miałam zapalenie wyrostka. Coś takiego. Nie wiem czy dobrze to przetłumaczyłam. Trudno! Chodzi mi o to, że nie mogłam być z wami przez ten długi...tydzień. Właśnie wróciłam do domu po operacji i już jestem. Zamierzam wam szybko to wynagrodzić długimi i ciekawymi rozdziałami. 
Jeszcze raz was bardzo przepraszam...Ale nie mogłam mieć kompa w szpitalu. Do tego ta operacja. Mam teraz dużo wolnego czasu. Przez następny tydzień nie idę do szkoły, więc blog jest na pierwszym miejscu...
Proszę wracajcie do mnie i się nie gniewajcie!
Następny rozdział już dziś!!!


poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 32 Wyznanie win.

Wszystkich zdziwiło to, że Elizabeth nawet nie jęknęła, gdy Elsa wyszarpywała odłamki lodu wbite w jej ciało. Wciąż patrzyła błędnym wzrokiem przed siebie jakby nic nie czuła. Elsa myślała, że chociaż sprawi jej najmniejszy ból przy ty, ale na próżno. Gdy wyjęła ostatni odłamek, wrzuciła go do pojemnika z pozostałymi. Już dawno by się rozmroziły, gdyby nie zimne powietrze wywołane przez Elsę w komnacie. Może to było spowodowane po śnieżycy lub takie było nastawienie jej do Elizabeth. Nienawidziła jej szczerze z całego serca. Chciała powbijać ją na lodowe pale lub ciąć ją ostrymi kawałkami aż powoli się wykrwawi. Wiedziała, że to nie jest do niej podobne, ale myśl co zrobiła Jackowi była o wiele silniejsza. Odeszła szybko od niej piorunując ją spojrzeniem. Anna podeszła do niej widząc postawę siostry. Wiedziała, że nie jest w stanie normalnie porozmawiać z nią. Ona też ledwo się powstrzymywała, aby nie przynieść jakiejś patelni z kuchni i nie rąbnąć ją w ten sfajczony łeb. Otrząsnęła się i zmusiła na łagodny ton nie wyrażający nienawiści i obrzydzenia.
-No to już. Czekamy! Po co tu przyszłaś?!- mówiła to składając ręce w krzyż na piersi.
Elizabeth oprzytomniała i znów na jej twarzy wystąpiła skrucha. Nie potrafiła przez dłuższy czas utkwić w nich spojrzenia.
-Już wam mówiłam. Chcę wam pomóc odzyskać Jacka.- Elsa  prychnęła odwracając wzrok. Znów na jej twarzy było widoczne szczere obrzydzenie.
-Naprawdę uwierzcie! Dostrzegłam teraz co ja zrobiłam. Jest mi tak głupio. Zasłużyłam na nienawiść z waszej strony, ale Jack jest w potrzebie. Jeżeli chcemy go ratować to musimy się śpieszyć.-
-Co jest Frostowi?!- włączył się Kristoff, podchodząc do Anny.                            
-Wiecie kto to jest Mrok?- spytała przenosząc wzrok po kolei na wszystkich. Na końcu został utkwiony w Elsie.
-Tak- odezwała się wreszcie, ale nadal na nią nie patrząc.- Jack mi o nim opowiadał. Mówił, że groził światu i strażnikom. Chciał pozbawić dzieci wiary w nich i przejąć władzę. Pokonali go i teraz jest ich najniebezpieczniejszym wrogiem.-
-Tak. Pewnie nie wspominał o mnie.-
-Wspominał. My w swoim związku byliśmy blisko! Mówił mi o wszystkim, bo szczerze mnie kochał z wzajemnością! Nawet powiedział o tobie! Obwiniał się o niby twoją śmierć, a teraz tak go urządziłaś!- teraz przeszywała ją wzrokiem, gdyby mógł zabijać Elizabeth już byłaby martwa.
-Wiem! Teraz widzę, że się myliłam. Wy naprawdę się kochacie. A ty Elso nie jesteś taka słaba jak przypuszczałam. Uważałam, że Jack na ciebie nie zasługuje i tylko ja jestem go warta. Ale teraz wiem, że to ja nie jestem warta jego. Jak on cię kocha! Ile bym dała aby mnie tak pokochał.-
-Przecież to zrobiłaś! Odebrałaś mu wolną wolę i zabrałaś go mnie!!!-
-Tak, ale to już przeszłość.-
-Słucham!!!- podeszła do niej szybkim krokiem, ale została zatrzymana przez Kristoffa. Na rękach rozprzestrzeniał się lód podobny do szronu, ale o wiele mocniejszy. Wyglądał jakby założyła sobie rękawicę bokserskie.
-Naprawdę! Zrobiłam to nie przeczę, ale Jack już nie należy do mnie. Mrok przejął jego umysł. Zapomniał o wszystkim oprócz jego. Przedtem pamiętał mnie, ale Mrok przeciął nasze połączenie.
-Podobno jestem idiotą, ale myślę, że nikt nie wie o co ci chodzi!- Kristoff popatrzył na nią zdezorientowany.
-Spętaliśmy Jacka bardzo starymi zaklęciami wiążącymi. Mrok znalazł je w opuszczony zamku Simona. Natrafił na rytuał podczas, którego można narzucać swoją wolę na inną osobę. Do tego Jack miał wypalone pradawne znaki i był skuty specjalnymi kajdanami. Gdy wszystko było gotowe, trzeba było czekać tylko na pełnie. Zeszłej nocy połączyliśmy wspólną krew i złączyła nas. Ale jest w tym wszystkim kruczek. Osoba musi się oddać temu, kto chcę nad nim panować, a więź jest utrwalona w magicznych kamieniach. Mój został zniszczony i nie jestem w więzi. Jack mnie nie pamięta i jest teraz wiernym sługą Mroka.-
Wszyscy wytrzeszczyli oczy. Wszystkich zdumiał napływ tak wielu informacji, aż rozbolały ich głowy. Kristoff aż usiadł koło Anny na łóżku, a Elsa chodziła nerwowo koło nich. Widząc ich postawę Elizabeth nadal mówiła dalej.
-Naprawdę musimy się śpieszyć. Mrok przejmuję jego umysł i będzie trudniej do wyrwać. Wiem, że macie mieszane uczucia co do mnie, ale zrobię wszystko aby mu pomóc. Gdy będzie cały i zdrowy, odejdę i nigdy mnie nie ujrzycie.-
-Zgoda!- od razu odparła Esa.
-Ale jak chcesz go uratować?-
-Tego…właśnie nie w-wiem?-
-SŁUCHAM!!!- wykrzyknęła Elsa.
-Przychodzisz tu, mówisz to wszystko. Gadasz o swojej zmianie i o tym, że musimy się spieszyć, a nie wiesz jak mu pomóc!!!- podeszła do niej na tyle blisko, że Kristoff momentalnie zerwał się i staną między nimi. Nie chciał chronić Elizabeth, ale wiedział, że ona wie więcej niż oni.
-Lepiej abyś coś wymyśliła zanim…- wywarczała przez zęby.
-Poczekaj!- krzyknęła zasłaniając się rękami.
-Wiem chyba co trzeba zrobić, ale nie jest to bezpieczne.-
-Mam to gdzieś!!! Jack jest zagrożony, a nawet cały świat przez tego psyhola. Nie obchodzi mnie to ile muszę wycierpieć bo już przebolałam dużo. Zrobię wszystko dla Jacka!!!-

-Dobrze! Trzeba wezwać Księżyc!-oznajmiła z powagą.
-CO!!!???- zawołali wszyscy.





niedziela, 2 listopada 2014

Rozdział 31 Współpraca?!

 Doszli nareszcie do zamku. Wszyscy byli bardzo zmęczeni i zmarznięci. Wiatr wiał coraz bardziej i mroźniej, a na zewnątrz panował nieprzejrzysty mrok. Nawet księżyc świecił najmocniej jak umiał, ale nic nie przechodziło przez tą gęstwinę. Elsa wciąż szła szybko przed nimi. Nie mówiła nic, a nawet się nie odwracała. Anna dalej była obejmowana przez niosącego ją Kristoffa. Chyba ona jedyna tak bardzo się nie trzęsła. Przekroczyli już ostatni z wielkich murów Arendell i wkroczyli na teren zamkowy. Na placu znajdowały się spore grupki mieszkańców. Gdy zauważyli Elsę od razu do niej podbiegli otaczając ją ze wszystkich stron. Już było cieplej…
-Królowo! Czy wszystko w porządku?-
-Czy wszystko skończone?-
-Nie ma niebezpieczeństwa?-
Elsa uciszyła ich jednym ruchem dłoni i przemówiła spokojnie bez uczuć.
-Tak! Wszystko skończone. Pożar został zażegnany. Możecie wracać spokojnie do domów. Tej nocy śpijcie spokojnie.- Po ostatnim słowie wybuchły wiwaty i odgłosy wydychanego powietrza. Wszyscy  zgromadzeni poczuli ulgę i zaczęli się rozchodzić. Wreszcie pozostali we trójkę, ale ktoś im towarzyszył. To był Filip. Stał uderzając wolno o dłonie, jakby klaskając. Na twarzy nie miał uśmiechu tylko jakąś drwinę. Świdrował ich spojrzeniem, a najbardziej Elsę.
-Co chcesz Filipie? Nie mam czasu!- odpowiedziała szorstko.
-Królowa nie ma czasu dla poddanych, nie mówiąc o członkach rady.- zacmokał i obszedł ją kołem. Robił wolne kroki spoglądając na nią z ukosa.
-Mów czego chcesz…śpieszy mi się i nie mam czasu na twoje gierki.-
-Gierki! Królowo czy ja z Panią kiedyś grałem w jakąś grę?- zapytał, ale znał dobrze odpowiedź na swoje pytanie.
-Tak! Mów, albo odejdę nie słuchając.-
-Rada jest zaniepokojona.-
-Rada czy ty?-
-Wszyscy. Zaryzykowała Królowa dzisiaj własnym życiem. Co by się stało jakby zginęła. Kto by rządził?-
-Anna.- Siostra spojrzał na Elsę z niedowierzaniem. Filip z pogardą na sam pomysł.
-Wykazała się dziś zdeterminowaniem i widzę jak dojrzewa. Na razie nigdzie się nie wybieram, a ona ma czas do nauki i rozwoju. Nie widzę powodu na rozmowę w tej kwestii, chyba, że o zmianie członków Rady.- powiedział surowo.
-Nie masz prawa nikogo zmieniać! A poza tym, przyszedłem tu powiedzieć o zmianie terminu.-
-Jakiego terminu?- zdziwiła się. Maska poważnej Królowej znikła w mgnieniu oka.
-Terminu twoich zaręczyn. Rada się boi o Królestwo. Dlatego przyśpieszyliśmy twoją decyzję. Musisz się zaręczyć już za dwa miesiące.-
-Co?- tym razem wykrzyknęła Anna. –Jakie zaręczyny? Poszaleliście? Po co zmuszacie ją do ślubu. Jestem wystarczająco odpowiedzialna alby w najgorszym wypadku zostać królową.
-Właśnie widzę! Nie! Decyzja zapadła. Masz królowo dwa miesiące. Czyli do gwiazdki musisz podjąć decyzję. Albo ty wybierzesz sobie męża albo my to zrobimy. –rzucił jej na pożegnanie drwiący uśmieszek i odszedł.
Elsa była jeszcze bardziej zła. Znów przechodziły ją dreszcze i  powróciły trzęsące się dłonie.
Ruszyła szybko z miejsca w stronę drzwi otwierając je z wielkim hukiem. Weszła do środka nie parząc na siostrę i na Krostoffa.
-Biedna Elsa. Nic mi nie mówiła o tym.-
-Ja na jej miejscu już bym wybrał.- popatrzył z uśmieszkiem na Annę, która się zaróżowiła.
Pocałowała go w usta z wielką delikatnością. Teraz i on się zaczerwienił. Na twarzy poczuł przyjemne ciepło tak i w całym ciele. Ale to nie wystarczało. Kolejny podmuch mroźnego wiatru przyprawił ich kolejną falę dreszczy.
-Chyba powinniśmy iść do Elsy.
-Mówisz to, że chcesz ją pocieszyć, czy jest ci zimno?-
-I to i to. A co byś zrobił jakby było mi tylko zimno.
-Jeśli chcesz abym się rozebrał zdejmując koszulkę abyś mogła się ogrzać, wystarczy poprosić.- Uśmiechną 
się wzruszając ramionami. Anna poczuła jak spinają się jego mięśnie i podąrzył do szeroko otwartych drzwi. Ku ich zaskoczeniu byłe zamarznięte, pokryte grubym lodem. Spojrzeli po sobie wymieniając spojrzenia. Kistoff poszedł dalej, ale stawiając Annę na ziemi. Obeszli niepewnie drzwi i zajrzeli do środka. Wszystko tak jak wrota był albo pokryte lodem albo gęstym szronem. Anna patrzyła na to ze strachem, ale jednak z podziwem. Ruszyła szybkim krokiem do schodów prawie się przewracając. Na szczęście Kristoff dotrzymywał jej wtedy kroku i złapał ją w ostatnim momencie. Uśmiechnęła się do niego szeroko i ruszyła biegiem po zamarzniętych schodach. Na górnym piętrze padał lekki śnieżek lepiący się już z podłogi do butów. Teraz zrobiło się tutaj chłodno i nieprzyjemnie.  Chyba na dworze było cieplej niż w zamku. Poszli w stronę komnaty Elsy i zajrzeli do środka. Nie było jej.
-Chyba wiem gdzie może być.-powiedział niepewnie Anna.
-Ja też się domyślam.- Wyszli nie zamykając za sobą drzwi. Gdy zbliżali się do celu robiło się coraz chłodniej, a śnieg padał coraz mocniej. Doszli do zamkniętego pokoju Jacka. Anna chciała go otworzyć, ale drzwi był zbyt zamarznięte i nawet nie drgnęły. Było słychać lekkie trzaski lodu, ale nic poza tym. Kristoff odsunął ją delikatnie i walną z rozpędu swoimi ramionami. Drzwi wreszcie ustąpiły otwierając się z trzaskiem i hukiem, który zanikał w śnieżycy. Nic nie było widać. Padało i wiało. Działo się to jakby sprowadzono taką burzę prosto z środka biegun, ale nie to była Elsa. Szli dalej zakrywając lekko oczy ramieniem. I tak było ciężko…Dostrzegli wreszcie koniec pokoju i łóżko koło okna wychodzącego na taras. Na skraju łoża siedziała Elsa. Płakała i trzymała coś w rękach. Ściskała mocno, coś kruchego i delikatnego, podobnego do kawałka lodu. Podeszli do niej wolno nie tylko z powodu nawałnicy. Anna uklękła obok niej próbując przekrzyczeć walący ze wszystkich stron śnieg.
-Elsa!! Damy radę!! Musimy!!! Odbijemy i uratujemy go!! Obiecuję!!- po chwili burza słabła. Teraz padał ten sam śnieg co na korytarzu. Płatki spadały spokojnie, a wiatr zniknął. Teraz można było dostrzec całą twarz Elsy i trzymany ów przedmiot. To była róża…było coś nie tak. Była brzydka poniszczona i czarna.
-To był prezent od Jacka. Kawałek jego…jego miłości do mnie. Mówił, że ukazuje jego uczucia do mnie. A teraz tak wygląda…- nie dokończyła i załkała głośniej. Upuściła ją na ziemię, ale Anna złapała ją zwinnym ruchem. Podniosła ją do twarzy Elsy i mówiła spokojnie.
-Nie rezygnuj… Nie tak łatwo. Zobaczysz, zawalczymy o niego i wygramy!-
-Niby jak?! Co z tego, że mamy te księgi i symbole jak nic o nich nie wiemy. Patrzyłam tam. Wszystko jest w martwym języku. Nie uratujemy go… Jesteśmy sami…-
-Nie sami!- dało się usłyszeć nowy kobiecy głos. Dochodził od strony balkonu. Stała tam osoba z płomienistymi włosami i zielonymi oczami. Była ubrana na czarno w skórzaną kurtkę, przylegającą bluzkę i obcisłe dopasowanie spodnie. Koło paska wisiały ostre zdobione nieznanymi symbolami noże. Patrzyła na nich z uczuciem i ze skruchą.
Elsa od razu wstała i cisnęła w nią odłamkami lodu, ale ona nie stawiała oporu nie uciekała. Pozwoliła aby przeszyły ją w klatce i wbiły się przeszywając ręce i nogi. Upadła klękając, ale z tą samą miną. Nie było na niej wściekłości czy chęci zemsty. Wciąż skrucha…
Elsa podbiegła do niej nie czekając na jej ruch i wyczarowała wielki lodowy miecz z długim ostrzem. Przyłożyła go jej do gardła robiąc małe zacięcie.
-Daj powód abym nie rozcinała ci gardła za to co zrobiłaś.- wysyczała z gniewem przez mocno zaciśnięte szczęki.
-Chcę wam pomóc uratować Jacka.-
-Już ci wierzę! To ty go tak urządziłaś. Zabrałaś go…-
-Nie przeczę, ale teraz widzę swoje błędy.- Elsa mocniej przysunęła miecz.
-Kłamiesz!- ryknęła ze złością.
-Nie! Niby po co tu przyszłam!
  Możesz mnie zabić w każdej chwili. Bezbronną…Nie będę się spierać. W pełni zasłużyłam na to, ale Jack nie. Wiem jak możemy go odzyskać, ale będziemy musieli działać razem.- Elsa prychnęła, a obok niej pojawiła się Anna. Położyła jej rękę na ramieniu i popatrzyła na nią z uczuciem.
-Elsa. Ona ma racje. Musimy jej zaufać. To nasza jedyna szansa, aby pomóc Jackowi. W każdej chwili możesz ją zabić, a ona się nie stawia. Widać, że jest szczera.-
-Ja jej nie ufam. Po tym co zrobiła Jackowi, co zrobiła mnie!-
-Wiem, że to ciężkie, ale teraz chodzi o niego.-
Elsa niechętnie opuściła broń, która pochwali popękała i roztrzaskała się na kawałki. Ze drżącymi rękami odeszła od Elizabeth, przeszywając ją mroźnym wzrokiem. On wciąż leżała i z ran, z których wystawały odłamki lodu, ciekła ciemna czerwona krew.
-Chodź musimy ci je wyjąć, a potem powiesz nam wszystko, od początku.-


sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 30 Współpraca czy zdrada...

Ten rozdział wyjaśnia powstanie wilków i to, jak Jack jest posłuszny Mrokowi. Niestety Elizabeth też tam jest. Nie obrażajcie się na mnie. Wszystko się ułoży!!!

Jack stał pośrodku wielkiej źle oświetlonej sali. Nie wiedział gdzie jest, ale szczerze miał to gdzieś. Czuł się pusty, jakby zabrano mu coś ważnego, bez czego nie można normalnie, tak po prostu żyć.







W nim już nie było dobrych uczuć i wspomnień. Tylko to! Okropny ponury stan. W nim wzbierała się nienawiść i wściekłość. Dlaczego istnieje…Najchętniej by się zabił. Miał na to, już parę razy ochotę. Widział ostry nóż połyskujący od nikłego, słabego światła. Wiedział, że może wyczarować sobie wielki lodowy sopel i dźgnąć siebie morderczym ciosem w opustoszałe serce. Miał tyle pomysłów, które go co chwila nachodziły i piętrzył się w niechlujny stosik w jego umyśle. Gdy o tym myślał, parę razy nawet się uśmiechnął. Po co ma istnieć…
-Powiem ci. Żeby niszczyć.- usłyszał mocny przenikliwy głos dochodzący z ciemnego kąta sali.
-Niszczyć?!- powtórzył zdziwiony.
-Tak Jack. Nic nie masz. Ktoś ci coś odebrał, jesteś pusty. To wszystko przez ten świat. Po co masz na nim istnieć robiąc coś dobrego, jeżeli cierpisz.-
Jack nie odpowiadał. Opuścił głowę i rozmyślał.
-Nazywam się Jack?!- mroczna postać wyłoniła się z ciemności i stanęła w miejscu słabego światełka. Była wysoka z czarnymi włosami odrzuconymi do tyłu. Jego skóra była szara, bez koloru tak jak zęby i oczy. Szaty zrobione jakby z mroku były lekko na nim zarzucone.
Uśmiechnął się podejrzanie, ale przyjaźnie.
-Tak! Nazywasz się Jack Frost. Ja jestem Mrok.-
-Kim ja jestem?!-
-Nikim. Nie masz nic. Zostałeś zdradzony przez swoich niby przyjaciół i nie masz nikogo. Tylko ja i Elizabeth zostaliśmy i ci pomagamy.- mówił to ze słyszalnym współczuciem.
-Nic nie pamiętam. – zmarszczył brwi masując sobie czoło. Szukał w pamięci czegokolwiek, …ale nic. Ta pustka jeszcze bardziej bolała. Znów miał ochotę poderżnąć sobie gardło.
-Nawet o tym nie myśl!- powiedział stanowczym głosem podchodząc bliżej. Jack popatrzył na niego ze zdziwieniem.
-Co?! Skąd ty…-
-Skąd wiem co myślisz? Po prostu wiem. Jesteś my połączeni Jack.-
-Co jak?!-
-Przez krew. Byłeś zakażony przez tych, którzy cię zdradzili. Byś się zatracił. Uratowałem cię od nich. –Jack znów nie odpowiedział. Jak to zdradzony? Jak zakażony? Przez kogo? Dlaczego?
-Chłopcze spokojnie! Odpowiem ci na wszystko, ale powiedź. Chcesz się zabić, bo czujesz się źle. Prawda?!-
-Tak… Ale dlaczego…-
-To czemu tylko ty masz cierpieć? Zemścij się na wszystkim. Na zdrajcach, byłych przyjaciołach na świecie. On tak samo jak oni na ciebie nie zasługują. Może tylko na cierpienie.
Jack połączymy siły i zadrżą przed nami.-
-JA…-
-Wiem, że jesteś skołowany, ale musisz podjąć decyzję własnowolnie. Nie mogę cię zmusić. To jest kruczek w tym wszystkim.- przeklną pod nosem. Teraz Jack nie wiedział już nic. Jaki kruczek w tym wszystkim? Czuł się okropnie, ale czy świat ma też tak cierpieć?
-Tak Jack. Bo to on ci to zrobił.-
-Ja…
-Zgódź się Jack!- teraz pojawiła się nowa postać. Była to dziewczyna. Była drobnej budowy o jasnej cerze. Miała przenikliwe połyskujące zielone oczy i jej największy atut. Piękne płomieniste włosy opadające luźno na jej ramiona.
-Kim jesteś?-
-Jestem Elizabeth. Ja pomogłam Mrokowi. Ratowaliśmy ciebie. Chcemy ci pomóc, ale musisz nam zaufać.- popatrzyła na niego z błagalną miną.
-No dobrze, ale co miałbym robić?- oboje się uśmiechnęli. Mrok podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.
-Na początku. Masz Jack wielki dar. Musimy go teraz szybko wykorzystać.
Skup się na postaci Wilka. Pomyśl o nim, wyobraź go sobie.
Jack zacisnął mocno oczy i zrobił to co go prosił. Pomyślał o takim zwierzęciu. I nagle poczuł lekki, ale przyjemny chłód. Otworzył oczy i zobaczył całe stado wilków. Były zrobione z samego śniegu. Ale czemu ze śniegu? Wyglądają jakby mają się rozpaść. Czemu nie z lodu? I po chwili wilki nie był ze śniegu, ale z lodu. Nie błyszczały na biało w świetle, jak płatki
śniegu tylko na niebiesko, jak lód. Mrok wyszczerzył się i rzucił w nie dziwnym czarnym promieniem. Nagle wilki urosły i pokryły się jakby czarną sierścią. Widać było niebieskawe fragmenty na łapach i przede wszystkim w oczach. Błyszczały w mroku własnym światłem.
-Piękne co?- zwrócił się do Jacka.
-Idźcie. Dopadnijcie tych, którzy nam się sprzeciwiają.-
Zawyły i zawarczały. Wybiegł w stadzie przez widoczne w oddali wyjście. Przepychały się i gryzły. Po ziemi przebiegały głośne dudnienie wyczuwalne w nogach. Po chwili nie było ich. Wybiegły pozostawiając mroźny wiatr. Niby dokonał czegoś niezwykłego, ale czuł się dziwnie, jakby zrobił coś złego .
-Nie Jack! Zrobiłeś pierwszy krok w naszej małej współpracy. Teraz krok drugi.- wciąż trzymał swoją rękę na jego ramieniu, gdy poczuł okropny ból. Odsunął się gwałtownie i widział uśmieszek na jego twarzy.
-Co? C-o ty mi z-zrobiłeś?-
-To co mi się należało. Teraz jesteś pod moją władzą.-
Popatrzył szybko na swoje ramię. Miał tam kolejny dziwny symbol. Po chwili wszystkie zajaśniały granatowym blaskiem. 
W głowie przeleciały wspomnienia. Wypełniały powoli pustkę… Widział jakieś postaci. Krzywdy, które one mu wyrządziły. Widział jak Mrok go ratuje. Jak obtacza go pomocą. Pojawiły się uczucia gniewu i nienawiści do wszystkiego oprócz Mroka…i kogoś jeszcze.
Zobaczył Elizabeth. Poczuł jakie
ś odległe i dziwne uczucie do niej. W ogóle nie pasowało, ale było zbyt silne. Tym uczuciem była sztuczna miłość do niej. Do tego, nad tym wszystkim górowało oddanie i pełne posłuszeństwo do Mroka, jakby był jego środkiem. Jego panem…
-Nareszcie!- wykrzyczał. Nawet podskoczył lekko lądując na ugiętych nogach. Wyprostował się i ścisną mocno pięści. Na twarzy malował się triumf i euforia.
-Tyle lat czekałem na ten moment. Nareszcie!! Mam ostatni fragment, aby świat mi się poddał. Teraz gdy mam ciebie Jack…-
-Pamiętaj, że on też należy do mnie. Jesteśmy połączeni we trójkę.- wtrąciła się Elizabeth.
-Przykro mi, ale już ciebie nie potrzebuję.- w ręce miał jakiś dziwny przedmiot wyglądał jak mały czerwony kamień, na którym widniały symbole jedności. Zgniótł do w ręce, praktycznie bez wysiłku. Gdy otworzył dłoń miał tam tylko sam proszek.
Elizabeth popatrzyła na niego z furią. Ten kamień łączył ją z Mrokiem. Gdy go zniszczył wieź się przecięła. Nie słyszała już myśli Jacka i Mroka, a uczucie Jacka do niej zniknęło bezpowrotnie.
-Dlaczego!? Obiecałeś!!- ryknęła na niego z furią.
-Nie…mówiłem, że ci pomogę, że będziesz miała Jacka w małym stopni. I miałaś…trudno! Może była to niecała minuta, ale nie zamierzam się dzielić.
Strzelił w nią ciemnym promieniem. Elizabeth zrobiła szybki i zręczny unik, ale zbyt późno. Pocisk trafił w jej ramię. Poczuła piekący ból dochodzący aż do kości. Łypnęła na niego spode łba i strzeliła w  niego wielką kulą ognia. Ale nie trafiła…jak to? W sali unosiła się teraz para zmieszana z dymem. Gdy lekko opadła dostrzega postać Jacka. Stał przed Mrokiem chroniąc go wielką lodową tarczą. Mrok z podziwem i drwiącym uśmieszkiem podszedł do niego szepcąc.
-Dobry chłopiec!- poklepał go po ramieniu i wyszedł za niego.
-On już należy tylko do mnie. Bez wahania mogę rozkazać mu cię zabić. Więc masz teraz przed sobą akt mojej dobrej woli. Idź stąd, a przeżyjesz.
-Ty szumowino z…-
-A AAA!!!- machał w boki palcem.
-Bo zmienię zdanie i zaraz zgaszę twój płomyczek. –
Co miała robić. Zerknęła ukosem na Jacka. Stał nieruchomo z ciemnymi jak węgiel oczami. Biel jego włosów powoli zanikała ustępując miejsce nieprzeniknionej czerni. Symbole na jego ciel jarzył się teraz czarnym lekko granatowym blaskiem. Jak mogła? Jack ją ostrzegał przed Mrokiem. Teraz widziała. Co ona zrobiła? Myślała o sobie, nie licząc się z nim. Odebrała mu wolną wolę, czy istnieje gorsza zbrodnia.
-Dobrze odejdę!- powiedziała to ściskając pięści i mówiąc przez zęby.

Mrok już nic nie odpowiedział. Stał szczerząc się i pokazując drzwi. Elizabeth aż się gotowała, dosłownie. Płomienie pokryły jej ręce. Poczuła spływający pot po jej ciele. Obraz się rozmywał lub widziała wszystko w czerwieniach. Nie ruszyła się, ale wystrzeliły płomienie z jej rąk. Uniosła się w powietrze opuszczając salę pozostawiając wielką dziurę w suficie pomieszczenia. Ostatni raz zerknęła w dół. Zobaczyła Mroka ze zdziwioną miną. I jego... Jack stał, już całkiem w cieniu, ale dostrzegła jego twarz. Na niej nie było nic. Jakby nie czuł…  Co ja zrobiłam? Skardziła się i zacisnęła mocno szczęki. Wyleciała i upadła na ziemię z wielkim łoskotem. Poczuła w nogach mocne lądowanie i przeszywające ją dreszcze. Co miała teraz zrobić? Jak pomóc Jackowi i naprawić błędy? Była sama przed mrocznym budynkiem gdzie zostawiła go na pastwę Mroka. Jak mu pomóc?  Była sama…jedna. A może... Ale jak ma pójść do tych których skrzywdziła? Jak prosić o pomoc? Nie zaufają jej. Pewnie zabiją ją na miejscu. Nie zdziwiła by się temu. Już wyobraziła sobie lodowe szpikulce przeszywające jej ciało. Przełknęła głośno ślinę i pomaszerowała w ciemną gęstwinę lasu…