Frozen Love

Frozen Love
Forever

piątek, 24 października 2014

Rozdział 23 Płonąc umieram...

 Jack spał bardzo źle. Śniły mu się same koszmary. O Elizabeth i Elsie, że skrzywdzi je obie…że stanie się powodem cierpień bliskich. Sny były jego wrogami napierającymi na niego ze zmożoną siłą. Obudził się po drugiej stronie łóżka zlany potem. Przetarł ręką po czole rozcierając słone krople. Odwrócił się i zobaczył śpiącą Elsę. No tak… Zasnął wczoraj przy niej. Nawet nie zmienił ubrań. Miał na sobie ciągle sztywny strój zaprojektowany przez Annę.
Postanowił się przebrać. Zszedł powoli i obszedł łoże. Pocałował Elsę w czoło i po cichutku wymknął się z komnaty. Zamknął drzwi i ruszył w stronę swojego pokoju.
Przy komodzie była oparta jego laska i komplet świeżo upranych ciuchów. Na nich leżała mała karteczka.

,,Wiem, że to jest twój prawdziwy styl, więc proszę!’’

Najwidoczniej Anna widziała, że Elsa nie przekonała go do noszenia takich ubrań na co dzień. Na jego niebieskiej bluzie i brązowych spodniach, nie było widać nawet kropelki krwi.
Dziury porobione od wypadków były zszyte aż prawie niewidocznie.
Na jego twarzy zagościł uśmiech. Szybko się przebrał, tworząc wzory szronu na ubiorze i chwycił swoją laskę. Otworzył okno wychodzące na mały balkonik. Rozejrzał się i wziął głęboki wdech. Uwielbiał wstawać rano, nie mówiąc o lataniu. Było jeszcze wcześnie, miasto odpoczywało po imprezowaniu.
Spojrzał na zegarek stojący na szafce. Była dopiero piąta. Dawno tak wcześnie nie wstał. Zawsze to była szósta lub siódma. Te koszmary dały mu wycisk.
Postanowił się odprężyć. Stanął na barierce i skoczył. Leciał, a raczej spadał przez moment,  a  po chwili szybował wysoko nad królestwem. Słońce dopiero wstawało, barwiąc chmury na różowe kolory. Niebo jeszcze nie przybrało swojego błękitu. Wszystko to odrywało go od nieprzyjemnych myśli. Leciał rozkoszując się widokami i pędem wiatru. Powietrze jeszcze zimne, a dla niego rześkie mierzwiły mu włosy. Ubrania trzepotały przy jego ciele…było tak jakby nic złego się nie działo. Niestety wszystko jest chwilowe.
Jack poczuł nieprzyjemny i duszący zapach dymu. Wywoływał u niego mdłości. Zakrył sobie wolną ręką noc i rozejrzał się wypatrując źródło smrodu. W oddali dostrzegł czarny pióropusz unoszący się coraz wyżej. Podleciał tam najszybciej jak mógł. W dole zobaczył ogromny, rozpowszechniający się pożar. Płomienie niszczył wszystko po drodze. Drzewa pod jego wpływem przewalały się niszcząc sąsiednie. Ptaki i inne zwierzęta uciekały w popłochu. Cała chmara wron przeleciała koło Jack dekoncentrując go. Zachwiał się i po chwili spadał w otchłań płomieni.

Nie miał laski… Nie widział jej. Przecież przed chwilą ją trzymał. Patrzył na zbliżającą się nieubłaganie ziemię. Chwycił jednym zwinnym ruchem wystającą płonącą gałąź. Chwilowo zawisł, ale uszkodzona złamała się pod jego ciężarem. Runął z łoskotem. Odrzut był ogromny…z bólu przekręcił się na bok i splunął krwią. Nie mógł chwilowo złapać tchu. Wstał teraz głęboko dysząc i rozglądał się za laską. Nie było jej. Widać było same płomienie. Były coraz większe i zbliżały się do niego z nie opisaną mocą.
To nie był normalny pożar. Ogień wydawał się dziki i nieposkromiony jak zwierze…jakby żył. Nie mógł się bronić, nie mówiąc o tym, że stąpał boso po rozjarzonym gruncie. Parzył go niemiłosiernie. Różnica temperatur była ogromna…
Musiał znaleźdź laskę inaczej tutaj spłonie lub  w jego przypadku rozpuści…Zaśmiał się w twarz niebezpieczeństwu i pobiegł w wolną drogę w głąb. Rozglądał się po płonących jeszcze zgliszczach szukając zguby.
Cały był spocony. Było tam strasznie gorąco, a dym drażnił jego gardło i płuca. Zaczął kaszleć i się dusić. Obraz zaczął się rozmazywać. Widział migające pomarańczowe, rażące plamy. Nogi odmówił posłuszeństwa. Ugięły się po nim kolana i upadła na lekko zwęgloną ściółkę. Nie mógł już oddychać. Jego płuca nie dostawały tleny. Dym zajmował całe jego ciało. Mózg się wyłączał. Nie chciał tak skończyć…
Upadł już całym ciałem, czekając na koniec. Ostatni raz spojrzał w górę. Chciał zobaczyć Elsę ten ostatni raz, ale nie mógł. Zamknął oczy i odpłynął w ciemność.
Obudził go wielki trzask. Otworzył szeroko oczy i dostrzegł po woli przewalające się ogromne i płonące drzewo. Leciało prosto na niego, ale on widział to w zwolnionym tępię.
Spokojnie i bez sił przeturlał się w bok. Spadło z wielkim łoskotem, ale chociaż nie na niego. Uniósł się ledwo, chcąc się rozejrzeć. Bolała go głowa. Wszystko nadal płonęło, ale wytwarzało mniejszy dym. Powietrze ledwo dochodziło, ale chociaż dało się oddychać. Próbował wstać, ale nie mógł. Opary dalej zatruwały jego ciało. Oczy łzawiły chociaż i tak był oblany potem. Z nieba latały małe pyłki spalonych roślin.
Zdołał się podnieść do pozycji siedzącej i popatrzył jak wszystko się niszczy. Jeszcze chwile i umrze.
Nagle z pomiędzy ogromnych płomieni zobaczył drobną sylwetkę. Wyszła z nich nic sobie nie robiąc. Jack miał otumaniony umysł, więc szybko nie skojarzył kto to może być. Po chwili ta osoba szła w jego stronę. Obraz stawał się rozmazany, ale dostrzegł jej rude włosy i zielone przenikliwe oczy. Stała już prawie przed nim ze niewzruszoną minął, a on upadł. Miał przed chwilę jeszcze uchylone oczy. Zobaczył jak się do niego schyla i znów stracił przytomność.


                                                                             * * *

Elsa obudziła się przez promienie słońca, które robiły to praktycznie codziennie. Zapominała o zasuwaniu zasłon, a wczoraj i tak nie miała do tego głowy. Piękny, romantyczny wieczór…najpierw zakończenie ,,Wielkiego Targu’’ a później Jack. Przeszedł ją przyjemny dreszczyk. Przypomniała sobie tą chwile, kiedy byli tak blisko. Całowali się, obejmowali tworząc jedno. On drżał i ona. Przypomniał sobie jego usta, które raz lekko musnęły jej. Nie był to pocałunek, ale coś delikatnego i przyjemnego. Dotknęła palcami twarzy i obróciła się do drugiej strony łóżka. Jacka już nie było. Wstał trochę zawiedziona. Poszła do komody i wyjęła inną skromniejszą sukienkę. Ubrała ją i podeszłą do kosmetyczki. Przejrzał się w lustrze i przygładziła odruchowo włosy. Spięła ja w luźny warkocz i nałożyła lekki makiaż.
Spojrzała na obicie i potem uwagę przykuło źródło odbijającego światła słonecznego.
 Róża z lodu, którą dostała od Jacka, wciąż stała w kryształowym wazonie. Okazało się, że zmieniła lekko kolor na fioletowy. Promienie sprawiały, że pokój mienił się barwami.
Przyglądała się jej z uśmiechem i w tej chwili wszedł jej nadworny sługa.
-Pani! Przykro mi, że Królową niepokoję, ale mam złe wieści.- cały był rozdygotany i oddychał nierówno.
-Co się stało?- Elsa szybko wstała i już stała naprzeciw niego.
-Królowo. Wybuchł ogromny pożar na skraju Królestwa. Płomienie się rozprzestrzeniają i niszczą wszystko. Zbliża się powoli do miasta!- ostanie wykrzyczał.
Elsa wytrzeszczyła oczy w przerażeniu. Ogień! Zbliża się! O matko!
-Spokojnie! Ile mamy czasu, zanim ogień dotrze do nas?-
-Podobno jakąś godzinę.-
-Dorze, zwołaj Radę.-
-Tak jest, Królowo.-
Elsa szybko, rzuciła ostatnie spojrzenie w kierunku róży. Oby i ona nie spłonęła pomyślała i wybiegła z komnaty, zostawiając otarte drzwi.


                                                                             * * *
Jack poczuł ogromny ból. Gardło piekło go jakby miał w nim ogień. Oddychał szybko wciąż kaszląc. Niektóre części ciała miał bardzo poważnie oparzone,  a w szczególności stopy. Teraz żałował, że nie nosi butów. Chciał otworzyć oczy, ale sprawiało mu to trudność. Powieki był albo tak posklejane popiołem albo tak ciężkie. Poruszył się zmieniając pozycję. Od razu tego pożałował. Przeszył go ból. Nie wiedział czy to od oparzeń. Wydał z siebie głośny jęk, przypominający syk.
-Nie ruszaj się! Będzie gorzej.- łagodny głos, rozbrzmiewał echem. Jack odruchowo odkręcił się w jego stronę otwierając momentalnie oczy.
-Ał!!- krzyknął.
-Mówiłam…- Jack leżał na kamiennej posadce w kolorach szkarłatu. Miał obandażowane ramię i klatkę piersiową. Stopy był posmarowane jakąś maścią, która była wyczuwalna i pachniał niezbyt ładnie. Próbował się podnieść, ale od razu zrezygnował. Przed nim stała Elizabeth. Była ubrana jak wczoraj w lesie. Zielona sukienka, skórzana kurtka i te symbole na jej przedramieniach. Nie wiedział czy miała ich więcej .Te zaś jarzyły się jeszcze bardziej niż przedtem.
Podeszła widząc jego zmagania z próbami wstania. Pomogła mu ignorując jego jęki.
-Nie musiałaś. Nie jestem dzieciaczkiem.-
-Musiałam.-
Jack chwiał się na nogach czując przeraźliwy ból w nogach i w klatce. Nie pamiętał, żeby się aż tak oparzył. Przyłożył zdrową rękę do torsu.
-Gdy upadłeś połamałeś sobie dwa żebra. Dość nie poważne było tak łazić po płonącym lesie. Jeśli chciałeś wybrać się na grzyby to może by ci te matołki coś  poleciły.-
Już chciał na nią syknąć, ale samo oddychanie sprawiało ból.
-Nie powinieneś jeszcze wstawać, ale i tak mnie nie posłuchasz.-
-Nie.- odburknął jej. Uznał, że źle się zachowuje. Przecież go uratowała.
-Dzię-ki za pomoc!-
-Nie dziękuj. To moja wina. Powinnam wysyłać następnym razem jakieś taktowniejsze zaproszenia.-
-To twoja sprawka!- wykrzyczał. Jego słowa wciąż dudnił mu w głowie.
-Tak! A i znalazłam twoją laską. Lekko zwęglona, ale da się jej używać.- Wyciągnęła zza pleców jego laskę. Zamiast ciemnego brązu była ciemna, czarna.
Jack stęknął, ale nie chciał się kłócić. Chwycił ją i się na niej oparł. Od razu po jego dotyku i ona nie była przypalona i on poczuł się lepiej.
Spojrzał na Elizabeth. Była poważna, a na twarzy nie malowały się żadne uczucia. Patrzyła na niego.
-Umiesz zabawiać swoich gości?- przeszedł do sedna.
-Chyba tak. Chciałam z tobą porozmawiać. Wiedziałam, że gdy zobaczysz ogień przylecisz. Tak jak wtedy…-
-Tym razem to ja płonąłem.- wrócił mu sarkastyczny humorek.
Elizabeth pierwszy raz się uśmiechnęła. Jednak coś miała z dawnej siebie.
-Tylko ty umiałeś mnie rozbawić-
-Taki ze mnie gość.- uśmiechnął się ignorując już trochę mniejszy ból.
-Elizabeth. O co ci chodzi?-
Odeszła trochę od niego zataczając wokół niego kręgi.
-Naprawdę nie wiesz Jack?!-
-No najwidoczniej. Jeżeli pytam…-
Zatrzymała się przed nim stykając się prawię nosami.

-Chcę ciebie Jack. Zawsze chciałam ciebie!-

czwartek, 23 października 2014

Rozdział 22 Nareszcie sami...

 Ten rozdział jest krótki, ale wprowadza powoli ważne wątki...
Dodałam troszeczkę miłości...Oby i was rozgrzała!

To był naprawdę długi dzień dla Elsy, ale jeszcze dłuższy dla Jacka.
Elizabeth wróciła. Została wskrzeszona przez kogoś kogo zna…ale kogo?
Gdy wracali powozem do zamku w środku panowały podekscytowane głosy i rozmowy o wieczorze. Jack nic nie mówił przez cały czas. Przed oczami migała mu Elizabeth. Widział jej płomienne włosy i ogień. Martwił się, nie poznaje  jej teraz. Kiedyś wydawała mu się taka dobra, czuła…wyjątkowa. A teraz coś jest nie tak. Może ten ktoś jej coś zrobił…
-Jack! Choć już późno.- Jack nawet nie zauważył, że dowiózł ich już do pałacu. Stali przed główną bramą, a Anna i Kristof szli w jej stronę. Elsa wpatrywała się w Jacka w zastanowieniu. Jednym susem zeskoczył z ławeczki dla woźnicy i znalazł się koło niej.
-Wszystko dobrze? Byłeś teraz jakiś…milczący. Nie podobne to do ciebie.- posłała mu zachęcający uśmiech.
-Tak dużo dzisiaj się wydarzyło…Było bardzo miło chwilami, a czasem nie. Cieszę się, że cię znalazłem.-
-Ja też. Choć zimno się robi…- zaczęła ocierać rękoma swoje ramiona.
Jack zdjął wreszcie niechciany płaszcz z kapturem i podał go Elsie. Wzięła go i oplotła się nim szczelnie.
-Szkoda, że nie jestem misiem polarnym. One mają długie futra.
-Jak kto woli. Choć bo się rozchorujesz misiu.- Elsa poszła pierwsza, a Jack za nią. Odruchowo spojrzał za siebie i znów myślał, że widział Elizabeth z kulą ognia w dłoni.
 Zamknął nerwowo oczy i już jej nie było. Chyba popada w paranoje. Powinien tak szaleć z powodu Elsy. Podbiegł do bramy i zamknął ją szczelnie.
W zamku było ciepło i przytulnie. Wszystko dobrze oświetlone i zapachy piękne.
Poszedł w kierunku jego źródła i doszedł do jadalni. Zobaczył tam Annę i Kristof pijących gorącą czekoladę.
-Hejka Jack! Chcesz to dobrze rozgrzewa i w dodatku jest pyszne…-
-Nie dzięki…Wolę zimno.-
-Lody czekoladowe wyszły...Sory!- powiedział Kristof
-Jak chcesz. Elsa przepada za czekoladą…Aportowała by za czekoladowymi piłkami.
Jack pomyślał, że przyniesie jej taki ciepły kubek. Porządnie zamarzła, widać to było po jej dreszczach.
-Zaniosę Elsie. Chyba poszła do siebie…-
-Tak. Masz… Tylko nie porozlewaj. Nie chcę zobaczyć siostry liżącej podłogę.-
Zaśmiał się i wziął czekoladę. Ten pałac był ogromny…szczęście, że się nie zgubił.
On dorastał w małej chatce z siostrą i rodzicami, a ona w takim miejscu…
Nareszcie znalazł jej komnatę. Zapukał i usłyszał jej głos.
-Hej! Przyniosłem ci coś na rozgrzanie.-
Elsa dostrzegła ciemny płyn i zapach czekolady. Momentalnie znalazła się przy nim. Jack nawet nie zdołał zrobić jednego kroku w jej stronie, a ona już trzymała kubek i piła wielkimi łykami. Nie przeszkadzało jej, że to ,,gorąca’’ czekolada.
Jack patrzył na nią z uśmiechem. Gdy skończyła miała mały brązowy wąsik.
-Co? Lubię czekoladę…-
-A wąsiki?-
-Co?- zrozumiała o co mu chodzi i już miała go sobie wytrzeć, ale Jack złapał ją za rękę.
Podszedł do niej bliżej, odstawiając pusty kubek na komodę przy drzwiach. Ujął jej twarz w dłoniach i jednym kciukiem starł czekoladową kreskę. Potem uśmiechnął się triumfalnie i pocałował ją. Czuł jej ciepło, zwiększone przez ciepły płyn i smak czekolady. Czuł jak jaj włosy lekko dotykają jego twarzy. Przeszedł go lekki dreszczyk. Elsa zaśmiała się i pociągnęła go w stronę wielkiego łóżka. Walnęli się na nim i wrócili do tej pięknej chwili.
Jej usta były wszędzie. Na jego szyi, policzkach, czole, ustach. Wędrowała dłońmi po jego ciele, jakby chciała zbadać każdy jego skrawek. Z jego nóg powędrowały wyżej i wyżej zatrzymując się na torsie. On zaś gładził ją po włosach, miał rękę w jej tali i trzymał mocno siebie. Byli niemalże złączeni, ale chcieli być jeszcze bardziej ze sobą. Jakby dzieliły ich metry i muszą się cały czas przybliżać. Było cudownie, romantycznie i zimno…
Nie widzieli nawet, że podczas tej chwili w pokoju Elsy padał śnieg. Nie mieli pojęcia


, które z nich to zrobiło, ale nie przejmowali się tym. Liczyło się tylko to, że byli nareszcie sami i razem…
Elsa pod wpływem wrażeń zasnęła przytulona do jego boku, a on obejmował ją ramieniem.
Nie mógł spać. Rozmyślał nad spotkaniem z Elizabeth. Co będzie dalej…nie wiedział.
Wrócił myślami do czasów o których opowiadał na polanie Elsie. Czuł się trochę źle, że nie powiedział Elsie o związku z Elizabeth. Pominą ten dość ważny szczegół.
Kiedyś był szczęśliwy…chwilowo. Kiedy ją odnalazł w lesie i zakochali się w sobie.
Może to nie była miłość tylko więź pomiędzy przeciwieństwami. Przecież ona to ogień, a on to lód. .. zaśmiał się. Zakazana miłość pomyślał. Może po prostu nie chciał być sam albo uczucie do Elsy zniszczyło jego przywiązanie do niej.
Nie widział. Nie czuł już nic do nikogo…te uczucie przeważało nad wszystkim.
Skończył te rozważania. Uwagę przykuła śpiąca Elsa. Bezpieczna w jego ramionach, gdzie mógł ją chronić. Wyglądała tak pięknie. Lekko rozczochrane włosy nachodziły jej na oczy. Zagarnął jej kosmyk za ucho i się poruszyła. Powiedział przy tym jego imię.
Może śniła o nim… Zrobiło mu się ciepło w środku.
Nie chciał już dłużej myśleć. Przytulił się do niej i zamknął oczy.

Nareszcie mógł odpocząć to był długi dzień…i noc.

Rozdział 21 Pięknie ona i ja …i ona?

-Nie zamartwiaj się tak. Wyglądasz super! Po uroczystości zwołam wszystkich i cię przedstawię, nie będziesz musiał się ukrywać.-
-Dzięki…- odpowiedział wzdychając.
Elsa wstała ze swojej części sofy. Było jej dobrze i wygonie, ale nie mogła dłużej już siedzieć. Wyciągnęła rękę i wrócił błysk w jej oczach.
-Choć pójdziemy się zabawić! Już czas na finał!- powiedziała podekscytowana.
Jack mimowolnie widząc to, musiał się uśmiechnąć. Udał, że chce jej podać rękę, ale złapał ją w pasie i pognał w las. Leciał z szybkością i taką łatwością. Gęstwina drzew nie robiła mu trudności. Elsa zamykała co jakiś czas oczy, nie była do tego przyzwyczajona. Jack oddał się temu, złączając się z wiatrem. Raz nawet udał, że nie widzi drzewa i prawie by na niego wpadli. Elsa trąciła go w ramię, a on wyszczerzył się zwycięsko.
 Wpadli na polanę jak huragan i przewalili ze zaskoczenia Kristofa. Był właśnie koło Anny, oparty o sanie, gdy ręka mu się ześlizgnęła. Wywalił się rozmasowując po chwili bolące miejsca.
Jack oczywiście po wylądowaniu roześmiał się i patrzył z wyższością.
-Nie gadaj, że to zrobił taki mały wiaterek.-
-Mały wiaterek to ci hula w głowie, chyba cię przewiało…- pokazał stukając palcem w czoło.
-Chłopcy idziemy na Zakończenie. Wy możecie tu sobie siedzieć i się kłócić, a my zaszalejemy.- podskoczyła zadowolona Anna.
Jack znów znalazł się przy Elsie i pocałował ją w policzek.
-Łał co ty mu zrobiłaś, jak przekonałaś? Pranie mózgu, zakaz całowania, biczowanie…- wymieniała Anna na palcach.
-Zwykła siła perswazji …- puściła oczko do Jacka
-Nie ma sensu już jechać. To niedaleko. – ocenił Kristof.
-No to ruszamy!- Jack powędrował pierwszy łapiąc Elsę za rękę.
Kristof coś szepnął do Anny rozbawiony, ale mieli to w nosie. Okazywanie uczuć już nie sprawiało im problemów. Nawet zrobili na złość i zatrzymali się przed nim. Pocałowali się czule, zerkając na zdziwioną twarz Kristofa. Roześmiali się i poszli dalej.
Po paru minutach nareszcie doszli do miejsca, gdzie było już mniej drzew. Po chwili znaleźli się na górce, z której było widać oświetlony lampami ,,Wielki Targ’’. Wszyscy byli zadowoleni, śmiali się i bawili przy muzyce. Na głównym rynku stała scena dla orkiestry, a kolo niej był tłum tańczących. Z boku stały jeszcze różne stoiska, a jeszcze dalej po drugiej stronie w oddali widać było nieszczęsny staw. Elsie przypomniała się ta chwila, gdy Jack do niego wpadł. Przeszedł ją dreszcz, który nie umknął uwadze Jackowi. Przysunął ją do siebie i okrył ramieniem lekko pocierając.
-Królowo lodu, zimno pani. Jest pani zaskakująca…- zadrwił lekko, ale ze swoją klasą.
-No wiesz nawet najzimniejsza osoba powinna kiedyś poczuć chłód.-
-Ja go czułem przez ponad 300 lat. Teraz mam ciebie.
-Super jestem twoim przenośnym grzejniczkiem .-  
-No coś w tym rodzaju…- uśmiechnął się.
Kristof i Anna doszli zaraz, rozmawiając i śmiejąc się.
-Jak ładnie!- wykrzyknęła Anna.
-No siora! Niezła robota. Sorki, że ci nie pomogłam.- powiedziała nieśmiało.
-Teraz nie czas na to, idziemy!-
-No Frost kapturek na głowę.- powiedział Kristof.
Jack niechętnie z grymasem założył go. Według Elsy wyglądał niesamowicie. Jak tajemniczy Książę z innej krainy. Rozmyślając o tym zaróżowiła się na policzkach.
-No dobra idziemy!-
Doszli wreszcie na miejsce. Ludzie widząc Królową i Księżniczkę, od razu obtoczyli ich.
Zaczęli kłaniać się i dostojnie witać. Elsa przybrała postawę władczyni i odpowiadała wszystkim po kolei. Jackowi się to znudziło, więc oddalił się w stronę placu.
Tak to jego klimat. Zabawa śmiechy…tylko jeszcze troszeczkę lodu na koniec i wszystko pasuje. Ciekawiło go kiedy Elsa wyczaruje lodowisko na Targu. Może po kryjomu by się włączył. Nie rozmyślał długo bo w lasku mignęła mu pomarańczowa kropka.
Od razu ruszył w tamtą stronę zaciekawiony. Przez tych wieśniaków nie mógł lecieć, bo by ich to
,, zdziwiło’’. Nareszcie przedarł się przez tłum i  powędrował w głąb.
Teraz mógł nie obawiać się o opinie publiczną. Leciał rozglądając się.
Prawie zderzyłby się z wielkim konarem drzewa. To co zobaczył totalnie nim wstrząsnęło.
Przełknął głośno ślinę i wytrzeszczył oczy. Uchylił lekko usta wpatrując się w jedną rzecz wartą teraz jego uwagi.  W lesie pobrzmiewał głos, odbijający się echem.
-Co Jack? Nie cieszysz się z mojego powrotu?- odezwała się.
Nie mógł wydusić żadnego słowa. Dźwięki jeszcze obijały się w jego głowie powodując szum.
Nareszcie odetchnął głęboko i zdobył się na odpowiedź.
-Elizabeth? To ty?-
-Tak! To ja… Zdziwiony?- Przed nim stała Elizabeth, cała i zdrowa. Jakby widział ducha. Wyglądała jak dawniej.
Rude, płomieniste włosy, lekko falujące opadały na jej ramiona. Była ubrana w obcisłą zieloną sukienkę, podkreślającą jej oczy. Na sobie miała skórzaną kurtkę z podwiniętymi rękawami. Buty niby szykowne, ale wygodne na koturnie. Na rękach widniały dziwnie błyszczące wzory, jakby płonęły ogniem.
-No tak..- przypomniał sobie te wydarzenia ponownie już drugi raz dzisiaj.
-Ale jak…jak ty!? Jak to możliwe…że ty?!- jąkał się.
-Że żyje. No wiesz na pewno nie dzięki tobie.- odburknęła na niego.
-Ale co się stało z tobą. Ostanie nasze spotkanie pamiętam jako… twoją śmierć.-
-Nie umarłam Jack. Odrodziłam się. Ktoś mi w tym pomógł.-
-Księżyc…wybrał cię!-
-NIE! On patrzył jak cierpię! Jak tracę kontrolę, jak niszczę siebie i niszczę wszystko w płomieniach. Sobie patrzył…A ja!!!- wykrzykiwała w stronę Jacka. W jej rękach na końcach pojawiły się ogniki. Wzięła oddech i popatrzył opanowana.
-Nie on nic nie zrobił. Pomógł mi ktoś kogo dobrze znasz Jack. Ktoś kto widzi dla ciebie szansę u swego boku.-
-Kto?-
-Choć ze mną a się przekonasz…- wyciągnęła do niego rękę.
-Ja… nie mogę. Jestem tu teraz z przyjaciółmi… Nie teraz.-
-Chodzi ci o tę zgraje z Arendell. To jakieś niedojdy, a w szczególności ich królowa.
-Nie waż się tak o niej mówić. Jest wyjątkowa!-
-Kiedyś mówiłeś to samo o mnie.- złagodniała teraz i patrzyła z uczuciem na Jacka.
Westchnął dobierając starannie słowa. Zbliżył się do niej i teraz stali koło siebie na wyciągnięcie ręki.
-Elizabeth myślałem, że nie żyjesz. Trudno mi było po twoim odejściu...naprawdę.
Ale teraz jestem z kimś innym. Kochałem cię, ale to się skończyło…Przepraszam.
-Nie to nie koniec. Wciąż możemy byś razem. Pamiętam nasza miłość była niesamowita.-
-Nie…Elizabeth była trudna. Nie mogliśmy się sobie oddać, bo ty mnie parzyłaś. Tobie przeszkadzało to, że jestem zamarznięty i bolało cię najmniejsze wyznanie miłości... pocałunki. Nasze pocałunki był bolesne…-
-Nie prawda…Jestem teraz inna! Opanowana! Zmieniona! On mi pomógł! Przygarnął mnie i nauczył panować nad mocą. Teraz mogę robić wszystko.-
To co zrobiła wstrząsnęło Jackiem. Chwyciła go i szybko pocałowała. Od razu odsuną się od niej i zakrył ręką usta.
To była prawda, tym razem nie został oparzony, a ona nie krzyczała z bólu. Ale to nie było teraz najważniejsze, on kocha Else. Teraz ona jest dla niego całym światem. Jego miłością i jedyną osobą, którą chce całować.
-Widzisz Jack… Możemy być razem. Znów to czujesz? Nasza miłość…odradza się jak płomień…jak ja.-
-Nie Elizabeth…Jak kocham kogoś innego.-
-Nie prawda!!! Kłamiesz! Ktoś ci zatruwa umysł…ja jestem tą jedyną.- krzyczała na niego. Znów straciła opanowanie i pojawiły się płomienie na dłoniach. Jack odsunął się od niej jeszcze dalej.
-Muszę iść Elizabeth. Dobrze, że nic ci nie jest, ale ja żyję dalej …bez ciebie. Może się kiedyś zobaczymy, ale będę teraz tylko twoim przyjacielem.-
Odwrócił się i zaczął iść szybkim krokiem.
Usłyszał za sobą jej głos. Nie wiedział dokładnie co powiedziała, ale chyba coś w rodzaju
,,Jeszcze zobaczymy’’.
Wyszedł jeszcze otępiały z tego buszu. Był lekko nieprzytomny. Wszystko się rozmywało i miał przed oczami Elizabeth. Ona żywa. Pocałowała go…Ale on kocha Else. Kto jej pomógł… Pytania krążyły w jego głowie sprawiając ból. Nawet nie zauważył, że doszedł do rynku i stał przed orkiestrą.
Otrząsnął się i rozejrzał trzeźwo.
Po chwili w podskokach podeszła do niego rozpromieniona Anna.
-Tu jesteś Jack! Szukaliśmy cię. Choć…zaraz Elsa zrobi lodowisko i potem fajerwerki.- podskakiwała i chwyciła szybko Jack i pociągnęła za sobą.
Zaprowadziła go do małej grupki osób. Pierwszą osobą, którą zauważył była Elsa. Zarumieniona i zadowolona. Rozmawiała z jakimś starszym facetem, troszkę niższym od niej.
Koło niej stał Kristof i parę innych nieznajomych.
Elsa spojrzała w bok i gdy go zauważyła, uśmiechnęła się promiennie. Podeszłą do niego, łapiąc za rękę.
-Gdzie byłeś? Już się martwiłam…-
-Szwendałem się po rynku. Niezłą zabawa!- wymusił z siebie udawany uśmiech.
-Tak!! Przyzwyczaj się…Choć czas na troszkę lodu.-
Chwyciła go i zaprowadziła za sobą na scenę.
-Uwaga! Zaraz oficjalny koniec ,,Wielkiego Targu’’.- Krzyknęła do tłumu, który od razu jak na komendę zamilkł i patrzyli na nią uważnie.
-Dziękuję wam za przybycie i udział. Teraz czas na końcowe atrakcje.-
Zaszła z podestu uniosła lekko sukienkę, odsłaniając gładką i lekko kremową nogę. Uniosła ją i opuściła z siłą. Pod nią zaczął rozprzestrzeniać się lód, który rozchodził się na cały rynek. Po chwili wszyscy mieli wyczarowane łyżwy z lodu i zaczęto jeździć i się śmiać.
Lód miał lekki kolor fioletu z wzorami płatków śniegu w tafli.
Jack podziwiał jej dzieło i nareszcie się rozweselił. Podeszła do niego, a teraz ona i on mieli łyżwy na butach.
-Nieźle! Ale chyba zabijesz się na tym lekkim obcasie…-
-Mistrzyni….nigdy.- pociągnęła go w głąb.
 Jeździła znakomicie. Nie sprawiało jej to trudności, tak jak jemu latanie. Parę razy wyrżną mocno obcierając sobie ręce. Elsa chichotała za każdym razem i pomagała mu wstać. Jack zrezygnowany i już obolały, poszedł na skraj lodowiska. Chwycił się poręczy od stanowiska i zdjął te niewygodne dla niego buty.
Stanął nareszcie na bosych stopach, rozkoszując się chłodem lodu.
-Jack!-
-No co mam strój picusia, ale to nie podlega dyskusji.- uśmiechnął się i teraz to on prowadził.
-No dobra! Widzę, że tak zrobisz sobie mniejszą krzywdę.-
-O popatrz!- Elsa wskazała na rozgwieżdżone niebo na których błyskały piękne, kolorowe światła.
-Puszczają fajerwerki!- wykrzyczała i patrzyła uważnie.
Jack zamiast na niebo, obserwował ją. Tak się cieszył widząc ją radosną…
I teraz przed oczami w tłumie ujrzał Elizabeth. Patrzyła gniewnie na Else i po chwili zniknęła… Jack poczuł strach… Jeżeli ona chcę skrzywdzić Else…
Popatrzył na nią z bólem na twarzy i obserwował teraz każdego w jej zasięgu…

Mógłby ją chronić przed całym światem, żeby widzieć ją bezpieczną…




środa, 22 października 2014

Rozdział 20 Nie wszystko mi powiedział!

 Ten rozdział będzie ukazany przez Elsę, a następnie przez Jacka. Mam nadzieję, że się spodoba taki pomysł!!!
                                                                          ...   Elsa  ...
Dlaczego on się tak rzuca? Jest piękny! Jego uroda powala, że słyszę swoje serce odbijające się echem w lesie. Idealnie do niego pasuje...Podkreśla jego śnieżnobiałe włosy i zęby oraz jego porcelanową cerę. Błękit z jego oczu aż błyszczy w półmroku.
-Nie nie pójdę tam! Nie będę robił z siebie jakiegoś przylizanego picusia!!- wykrzykiwał Jack
-Czyli wolisz zakrwawioną kolekcje bez butów i z obskurnymi spodniami związanymi na dole sznurkiem?- spytał ironicznie Anna.
-TAK!!!-
Anna tak się starał… Miała znakomity pomysł, a ja go dokończyłam. Biały strój z podkreślonymi złotymi zdobieniami. Z bliska na białym materiale można było zobaczyć lekkie wzory, jak szron. Do tego nawet pomyślała o kapturze by ukryć biel włosów Jacka. Był dość luźny, ale zakrywający.
-Anno to nie jestem ja! Ja to Jack Frost strażnik, który nie paraduje w takich ciuchach. Chronię dzieci i do tego nie muszę wyglądać jak pajac…-
-Bo wyglądasz na kretyna. Brawo awansowałeś! Nie marudź! To tylko jedna uroczystość.- wtrącił się Kristof.
-A waśnie! Co z tym idiotą? On nie dostanie swojego wdziana i kija do du… No kija za plecy?!-
-Nie bo ja jestem szykowny bez tego. Ty musisz się starać…-
Znowu to samo. Chłopcy… Czy oni są tacy sami?! Nie mogę na to patrzeć i tego słuchać.
Podeszłam do niego i odnalazłam jego wzrok spuszczony na swoje nowe buty. Był taki smutny…
-Jack choć, pogadamy w cztery oczy…-
Wzruszył ramionami i przez chwilę popatrzył na mnie. Ruszył w stronę zatrzymanego powozu i znalazł się na oddalonej o kawałek polanie. Jak on szybko chodzi. Ledwo nadążałam… Niby cały czas lata.
Nareszcie zatrzymał się. Zaczerpnęłam powietrza i oddychałam szybko.
-Łał wezwanie na ścięcie u królowej lub dywanik u dyrektorki. Nie wiem co gorsze. Głowa czy gadanie ze strażnikami…-
Skardziłam go wzrokiem i dotknęłam jego ramienia. Lekko je odsunął i spuścił znów wzrok.
-Jack o co ci chodzi? Nie rozumiem! To tylko ubiór… O co tyle krzyku? Wytłumacz mi, bo wyglądasz świetnie.
-Nie dbam co powiedzą o mnie inni. Jestem strażnikiem i przy tym nie muszę się stroić.-



-To już słyszałam, a w ogóle co ci szkodzi. To jeden wieczór. Nie chcesz wyglądać pięknie…
-Nie muszę…- westchnął.
Wiedziałam! Coś jest za tym schowane. Jack coś przede mną ukrywa. Może nie powinnam go męczyć, ale o co chodzi?
-Jack czegoś mi nie mówisz prawda. Co jest, ale na poważnie.-
Wciąż na mnie nie patrzył, ale coś się zmieniło w jego twarzy. Już nie był posępny i srogi, ale smutny i skruszony. Serce mnie zabolało. Może nie powinnam…

-Jack jak nie… to nie mów. Jak tak bardzo nie chcesz to zaraz poproszę Annę i…-
Już się odwracałam w stronę powrotną i złapał mnie za rękę.
-Nie!. Masz rację. To nie o to chodzi…- w jego oczach widziałam ból.
-Nie ma sprawy. Rozumiem to nie moja sprawa.-
Złapał mnie mocniej i przyciągnął. Spojrzał mi głęboko w oczy. Ta głębia, aż nie da się wynurzyć… Nie muszę wrócić do życia… To on, coś do mnie mówi.
-Elso jesteśmy teraz razem. Nikogo już tak nie kocham jak ciebie. Jesteś tą jedyną osoba, która powinna wiedzieć o mnie wszystko. Więc chcę abyś posłuchała mnie i zrozumiała…-
-Dobrze to mów.
-Ale to dość długa historia- wreszcie się lekko uśmiechnął. Poczułam ulgę i wypuściłam powietrze. Nawet nie zwróciłam uwagi, że wstrzymuję oddech.
Jack pstryknął palcami i tuż przede mną stała śnieżna kanapa… Była zrobiona ze świeżych i puchatych płatków śniegu. Zamrugałam nerwowo, zdumiona.
Jack znów się uśmiechnął. Teraz jest coraz lepiej.
-Jeszcze tego nie robiłem, ale mam nadzieje, że się podoba.
-Podoba jesteś niesamowity… A będzie się rozpuszczać?- spytałam nieśmiało. Wiem zadaje mu głupie pytania, a on chciał się przede mną otworzyć. Uderzyłabym się teraz w czoło, ale on na mnie patrzy.
-Nie, będzie ci ciepło i nie rozpuści się. Obiecuję!- nareszcie uśmiecha się i przypomina siebie.
Usiadł jako pierwszy i zatopił się w śnieżnej sofie.
Poszłam w jego ślady, nie pewnie, ale poszłam. Uśmiechnął się zachęcająco i wyciągnął rękę.
Złapałam ją i usiadłam obok niego, zamykając oczy. Oczekiwałam na uczucie zimna albo, że zacznie się rozpuszczać pode mną, poduszka kanapy. I nic….
Było dobrze, ciepło, przytulnie i był koło mnie Jack. Objął mnie ramieniem i zaczął szeptać mi do ucha.
-I co… Mówiłem.-
-Dobrze, że mnie nie oszukałeś.-
-No mogłem…w połowie. Nie czuję zimna, ale topnieć mogło.-
Chciałam na niego warknąć, ale zagarnął mi kosmyk za ucho. Jego dotyk wywołał u mnie lekkie dreszcze. Dostrzegł to i roześmiał się.
-No więc co to za historia.- od razu pożałowałam tego. Znów spochmurniał i odwrócił wzrok. Spojrzał w dal i przyjął poważną minę.
Zaczął choć niepewnie...
-Wiesz nie powiedziałem ci czegoś ważnego. Chyba przyszła pora. Proszę zrozum mnie i to było bardzo dawno temu, jeszcze przed powstaniem twojej krainy.-
Przełknęłam głośno i wtuliłam się w jego bok.
                                                                    
                                                                            ...  Jack  ...
-To wydarzyło się 250 lat temu i nawet strażnicy o tym nie wiedzą. Jeszcze byłem świeżo zamrożonym wybrańcem księżyca. Nie wiedziałem o Strażnikach i o sobie. Błąkałem się, wywołując powiewy lekkiego wiaterku i zamrażając różne instalacje… Nie miałem aż tak rozwiniętych umiejętności co teraz. Było nawet fajnie, ale czułem się jeszcze bardziej samotnie niż ostatnio. Myślałem, że jestem jedyny i nikt mnie nie widzi.
Każdy myśli, że Jeami Benet był pierwszym dzieckiem który we mnie uwierzył.-
-A nie jest?- przerwała moje zamyślenie.
-Nie nie był. Na biegunie mamy wielki globus, który pokazuje dzieci które wierzą, ale dzieci!
Nie nastolatków. Wszyscy do teraz uważają, że nie ma nastolatków, którzy jeszcze w nas wierzą. Mylą się….- spojrzałem na nią. Była zaszokowana i zaskoczona.
-Ona pierwsza mnie zobaczyła…-
-Ona??-
-Elizabeth Flackes. Była wyjątkowa tak jak ty… Ale inna.
Wybrałem sobie miasteczko, które leżało obok stawu, z którego powstałem.
Zmieniało się bardzo szybko…ludzie przychodzili i odchodzili. Budowano nowe domy, sklepy…Wszystko się rozwijało, a ja nie. Stałem w miejscu nie wiedząc co robię.
Latałem sobie wtedy nad lasem, spoglądając z ukosa na wszystko. I nagle coś mignęło mi przed oczami. Była to mała lekko rudawa plamka. Myślałem, że to lis. Podleciałem bliżej, bo od dawna ich tu nie widziałem, ale to co zobaczyłem… - westchnąłem i przygryzłem wargę.
To była dziewczyna. Z rudymi, ognistymi włosami. Była całkiem młoda w moim wieku. Drobna z zielonymi oczami.
Chodziła sobie w lesie rysując coś w zeszycie. Raz prawie uderzyłaby w drzewo, ale w porę ruszyłem gałęzią.
Spojrzała prosto na mnie. Myślałem, że mnie nie widzi, ale stanęła jak wryta. Wreszcie zrozumiałem…ona mnie widziała.
-Kim jesteś? Chcesz mnie zabić, albo wrzucić do swojego stawu i zamrozić na wieki…-
-Niezłą masz wyobraźnie!-
-Tak…Dlatego uważają mnie za dziwaczkę.-
-Daleko ci do niej. Popatrz na mnie!-
Uśmiechnęła się.
-Jestem Jack Frost, a ty?-
-Elizabeth Flackes-
Podeszła do mnie i wyciągnęła rękę. To co s

ię stało, wciąż zostaje dla mnie tajemnicą.
Złączone dłonie zaczęły błyszczeć. Światło mieniło się niebieskim i czerwonym światłem.
 Jakby nam płonęły… Gdy je zabraliśmy zaskoczeni, wciąż moja dłoń była w błękitnym ogniu, a jej w czerwono- pomarańczowym.
Popatrzyliśmy po sobie.
-Łał!!! Co to było?- płomienie na dłoniach zniknęły, ale w jej oczach nie.
Wtedy to zobaczyłem…Swoje przeciwieństwo.  Okazało się, że zaczęła władać ogniem, ale była zwykłym człowiekiem. Nie należała do żadnego świata i krainy.
Myślałem, że Księżyc to zrobił abym miał towarzystwo. Nie wiem co miał na celu, ale zrobił piekło…dosłownie.
Elizabeth była wyjątkowa, taka jak ty. Wesoła, odważna i z wielkim darem.
Niestety nie panowała nad nim. W mieście pojawiły się duże pożary, które powtarzały się coraz częściej. Lu
dzie dowiedzieli się, że to ona. Myśleli, że jest Podpalaczką, ale nie wiedzieli o jej mocy.
Zaczęli ją gonić. To było w dzień przed Wielkanocą. Uciekała, a za nią podążała policja. Była przerażona. Zobaczyłem ją i od razu do niej podleciałem. Chciałem ją złapać i zanieść daleko stąd. Nie widziała mnie i przestraszona strzeliła płomieniem. Trafiła przypadkowo we mnie.
Moje ciuchy się palił, skóra piekła, ale nie aż tak….jestem przecież zamrożony.
Zaczęła krzyczeć. Stworzyła wielki ognisty krąg. Płomienie się rozprzestrzeniały. Ten pożar był jednym z największych w historii. Już zgasiłem ciuchy i było lepiej. Miałem lekko różowawą skórę, więc wyglądałem jak człowiek.
Elizabeth leżała na ziemi i sama płonęła. Krzyczała coraz głośniej i płomienie rosły.
Podbiegłem do niej i ją dotknąłem. Płomień zaświecił błękitem jak na początku naszego spotkania. Ona już nie była człowiekiem, ale żywym ogniem. Jej ciało zniknęło…płakała a zamiast łez leciały płomienie. To było okropne…
-Musisz mnie zamrozić, zniszczyć.- teraz to jak płakałem i krzyczałem, że tego nie zrobię.
Złapała mnie za rękę i mówiła, że nie chce tak żyć.
-Stanowię zagrożenie. Ludzie przeze mnie ginął. Wszystko niszczę….Proszę!!!-
Poczułem gniew, rozpacz…dlaczego Księżyc jej to zrobił. I zrozumiałem.
Ona była normalna, ale to ja ją zmieniłem. Dałem jej jakąś część siebie.
To było za wiele. Teraz to ja wybuchnąłem. Mojej mocy było zbyt dużo… Stworzyłem śnieżycę prawie na całym świecie. A ona zniknęła. Po płomieniach nie zostało już żadnego śladu. Leżałem tam na wypalonej polanie, z kręgami przysypanymi śniegiem.
Dookoła było pusto i same zgliszcza. Mój żal był tak mocny, że śnieżyca przybrała na sile…
Wtedy właśnie stworzyłem śnieżyce w Wielkanoc i poznałem Zająca. Poznałem innych strażników, ale nie takich jak ona. To ja ją zniszczyłem…
Elsa złapała mnie za rękę i patrzyła z przerażeniem
-Boisz się mnie?
-Nie płaczesz…- Nawet tego nie zauważyłem, że po policzkach leciały mi łzy. Wytarła je i przytuliła mnie do siebie.
-Nie boję się. Jack to nie twoja wina. Tak musiało najwidoczniej być. Ona była niezwykła, ale ty jeszcze bardziej. JA też nie spotkałam nikogo takiego jak ja, bo ty jesteś wyjątkowy.-
-Elso to ty jesteś wyjątkowa. Mam wrażenie, że o tym nie wiesz.
-Bo nie jestem…
Jak mogła coś takiego mówić. Przybliżyłem się do niej i pocałowałem…
-Miło, że mi zaufałeś.-
-Tak. Nie chcę być posądzany za wygląd. Elizabeth była wspaniała, ale każdy widział w niej odmieńca…. Dlaczego ludzie patrzą oczami, a nie sercem.-
-Nie wiem, ale dlatego ty jesteś strażnikiem.
-Chyba tak… Dostrzegam ta iskrę i widzę ją w tobie.- popatrzyłem na nią. Uśmiechnęła się i przylgnęła do mego torsu.
-Oj królowo bo się rozpuszczę… - zamruczałem do jej ucha.
-Nawet tak nie mów, bo wsadzę cię do zamrażalki…- powiedziała to, ale wciąż koło mnie leżała. Czułem jej ciepło przez moją lodową powłokę…


sobota, 18 października 2014

Rozdział 19 Nigdy nie niańczyć bachorów!

Jechali szybko rozkoszując się widokami i pędem powietrza przez uchylone okienko. Dla Jacka to było normalne i zarazem przyjemne. Wszystko super… Oj chyba nie.
-Rany!! Zaraz się odwinę i zamrożę mu usta…-
-Jack wiesz, że dużo dzisiaj przeszedł.- broniła go Anna.
-Tak!!! Ja też i teraz moje bębenki krwawią..-
-Nie jest  tak źle! To takie samo słodkie pochrapywano jak za pierwszym spotkaniem.-
-Wtedy już prawie ogłuchłem…-
-Co... nie słychać cię!-
-Haha… Śmieszne-
Tak jak dla Kristofa to nie było  nic wielkiego.Codziennie jeździł z Svenem swoimi saniami, więc takie

przeżycia były dla niego nudne…
Zasną praktycznie od razu, jak zwykle z głową odwaloną do tyłu, chrapiąc przeraźliwie.
Ślina zbierałam się w otwartych ustach jak w misce i spływała strumykami po bokach. Miał już obślinione całe ramiona.
-Naprawdę jeśli wy go nie zamkniecie to ja to zrobię…Obślini mi tapicerkę!-
-No weź nie budź go..-
-No dobra, ale zamknę mu buzię… O macie jakiś korek, w tym przypadku dość sporawy. Tak rozdziawił paszcze, że zaraz mu odleci.-
-Jack nie możesz.-
-Ja mogę. Też już nie wytrzymuję. Mam już mokrą sukienkę…To jest obrzydliwe!- pożaliła się Elsa
-O!!! Wyczaruj wielki kawał lodu i wepchnij mu do ust…-
-Nie nie możecie!- zakryła Anna, Kristofa.
-No przestań zaraz was wymyje z powozu. Jak marzysz o kąpieli w jego ślinie, to twoja sprawa.-
-No dobra, ale jakby co nie mieszajcie mnie do tego…-
-Ej a może wyczaruj mu smoczek z lodu!- zaproponował Jack.
-To chyba nie najgorszy pomysł!-
Elsa zaczęła tworzyć mały smoczek. Chciała pokazać Jackowi, że też dobrze i sprawnie korzysta z mocy. Po chwili w rękach trzymała, drobny smoczek z reniferkiem jako wzór.
-Nieźle! No możesz utulić naszego bobaska..-
Elsa niepewnie wsadziła Kristofowi smoczek do ust. Od razu zacisną szczękę i zaczął ssać.
-Ooo!!! Jaki uroczy!- powiedział Anna przykładając złożone ręce do boku.
-Ta!! Okropnie!! Uważaj przyzwyczai się i niedługo będzie ssał kciuk i robił w pieluchę. Swoje reniferki rzuci w kąt i zacznie latać za tobą na czworaka krzyczeć ,,Mama!!!’’-
-Prędzej ty zazdrośniku. Elsa obsłuż Jacka. Też chce pocmokać!!!-
Siostry zaśmiały się.
Nareszcie cisza. W tle słychać było już tylko odgłosy ssania Kristofa i nic szczególnego.
Po paru minutach smoczek Kristofa zaczął się kurczyć i wreszcie znikną.
-Ten niegrzeczny bachor zjadł smoczek! Chyba wyssał go do końca….dosłownie.- rzucił Jack.
Kristof zdenerwowany lekko jękną i znów zaczął swoje przedstawienie od nowa.
-No nie!! Znowu… Nigdy nie będę mieć dzieci…-
-Kristof nie jest dzieckiem.- znów broniła go Anna.
-Jasne on tylko został w młodości kopnięty przez renifera… Taki szczególik.-
-Jack!-
-No dobra! Elsa wyczaruj teraz tą bryłę lodu w kształcie korka. Zatkamy tego śliniaka…-
Elsa posłusznie znów zaczęła czarować. W rękach tworzyła się po woli mała bryłka, która rosła w oczach...dosłownie. Na koniec trzymała już spory kloc lodu.
Anna pomogła już ostatecznie siostrze i wsadziły ją Kristofowi.
-Ej słyszycie to? Jakby cisza…-
Wyglądało to przekomicznie z boku. Kristof z odchyloną głową miał w rozszerzonych ustach wielką bryłę, prawie większą od jego głowy. Już nie było słychać chrapania i ślina nie wypływała po bokach.
Wszyscy już zadowoleni wrócili do rozkoszowania się podróżą i ciszą…
Niestety nie trwało to wiecznie. Nagle Kristof zaczął się lekko rzucać jakby miał odruchy wymiotne. I po chwili wielka bryła lodu została wystrzelona z jego ust z niebywałą prędkością. Na nieszczęście okienko było cały czas otwarte i kloc uderzył nieświadomego Jacka w tył głowy.
 Odruchowo szarpnął lejce…Konie zahamowały gwałtownie i zatrzymały prawie przewalając powóz. Odrzut był na tyle mocny, że Jack wyleciał przed siebie prosto na wielkie drzewo.
Anna, Elsa i Kristof prawie nie pourywali sobie głów nie wspominając o łamaniu nosów.
Dziwne było to, że Kristof wciąż spał.
Anna i Elsa popatrzył na niego z niedowierzaniem.
-Wiesz, on mnie czasami zadziwia…-
-Mnie też!-
Dziewczyny szybko wyleciały z powozu w kierunku Jacka.
Był nieprzytomny, a z tyłu głowy sączyła mu się krew. Spływał w dużych ilościach tworząc na razie nie wielką kałużę.
Były przerażone tym widokiem. Elsa szybko ukucnęła obok niego i zaczęła głaskać go po policzku.
-Jack! Jack! Słyszysz mnie? Proszę nie rób mi tego po raz drugi!-
-Znasz się na leczeniu Strażników?-
-No sorry w naszej bibliotece nie ma takiego działu…- odburknęła Elsa.
-To co robimy? Nie mogę tak stać i patrzeć jak nieśmiertelny wykrwawia się na moich oczach…Nic mu nie będzie?-
-Nie wiem….Chyba nie. Jest nieśmiertelny, ale co możemy zrobić?-
Elsa była w szoku i czuła się bezradnie w tej sytuacji. Przyłożyła lekko czerwone ręce do twarzy. Matko! To krew Jacka, ma ją na rękach…to okropne.
Jeszcze bardziej wpadła w panikę, jak ktoś taki może aż tak krwawić.
Co zrobić, co robić?!
Po chwili coś się jej przypomniało. Kamień… Jego kamień strażnika.
Szybko włożyła rękę pod granatową bluzę i szukała jego naszyjnika.
Anna zdziwiona nie wiedziała gdzie odwrócić wzrok.
-Yyy…Elso to nie jest dobra pora na obmacywanie. Później się zabawisz, ale w tej sytuacji…
-Anno!!! Jak możesz…phhh..- prychnęła zła i nareszcie go złapała.
Wysunęła go na wierzch, oceniając…
Znów zobaczyła ten piękny kamień w kolorze błękitu i jego jaskrawe światło.
Ku jej zaskoczeniu kamień znów, miał swoje chimery. Jego blask nie był rażący tylko coraz słabszy.
-Co to?-
-Jego źródło mocy. Kamień Strażnika.-
-Czy on zawsze tak puszcza oczka i mruga…-
-Nie! Jest źle…-
Tylko co robić. Za pierwszym razem pomogła mu stając się jego nowym źródłem energii, a teraz co ma robić. Pocałować go…to nie jest takie złe, ale Anna. A chrzanić ją! Jack się liczy teraz najbardziej.
Elsa przysunęła się do śpiącego Jacka. Był taki spokojny i piękny… Przybliżyła swoje usta do swoich i się stało…pocałowała go.
Niby nie był to odwzajemniony całus, ale wspaniały. Znów poczuła przyśpieszone serce i oddech. Czy ona już zawsze będzie tak na niego reagowała? Grunt było cudownie…
Czuła jego świeży oddech jego ciepło, serce. Wplotła rękę w jego włosy, uważając na ranę z tyłu głowy. Tak bardzo była widoczna…Kolor biały jak śnieg nie ukrywał na głowie wielkiej krwawiącej rany, tylko bardziej uwidaczniał.
Gdy się od niego odsunęła, Anna jeszcze stała jak słup. Miała wielkie oczy i uchylone usta.
-Yyy…No siostra! Teraz to jest wykorzystanie chwili jego nieprzytomności…Nie podejrzewała cię o takie zabawianie się z chłopcami…-
-Anno! Ja tylko…
Nie dokończyła przez oślepiające światło na piersi Jacka. Po chwili ustało, a ją raziło coś innego.
Jack siedział teraz przed nią z otwartymi błyszczącymi oczami, uśmiechając się pogodnie.
Po ranie nie było nawet śladu. Najmniejszego rozdrapania, ranki czy nawet siniaka.
-Mymm… Jeśli tak mam być ratowany za każdym razem, muszę robić to częściej.- mruknął do niej.
-Nawet się nie waż!! Znów mi to zrobiłeś. Bałam się o ciebie, prawie Anna uznała że cię wykorzystuję!-
-Uuu…możesz pozwalam! Rób to częściej…- uśmiechnął się i tym razem pocałował ją z wzajemnością.
Elsa zarumieniła się i przeniosła odruchowo wzrok na Annę. Stała, ale już nie tak zdziwiona.
Uśmiechała się teraz i spoglądała na siostrę z uznaniem oraz zaklaskała bezgłośnie w ręce.
Elsa odwzajemniła uśmiech i wróciła do Jacka. Był rozpromieniony, chociaż przed chwilą był ciężko ranny i wciąż siedział w swojej krwi.
-Czy to znaczy, że teraz ja wykorzystałem ciebie?-
-Jesteśmy kwita…- znów się zarumieniła.
-Uwielbiam gdy to robisz! Twoje rumieńce są piękne, ja nie mogę…-
-Co?!- zakryła policzki rękoma.
-Nie… są cudowne i fascynujące.-
Uśmiechnęli się do siebie i przypomnieli po chwili, że nie są sami.
Już można uznać to za dzień znajomości, a oni tak okazują swoje uczucia.
Anna się uśmiechała radośnie i niestety.
Przy powozie stał oparty i zadowolony Kristof.
-Co się szczerzysz?- zapytał Jack
-No no…Frost nieźle wyrywasz laski. Zawsze lecisz do jakiejś krainy i bajerujesz je na skaleczony paluszek?- zadrwił z niego.
-A ty? Wyrwałeś Annę na litość. Twoje umysłowe zatrzymanie i nieporadność ją wzruszają…-
-Hej!!! Wcale nie…-
-A właśnie obudziłeś się już…bobasku!-
-Co?-
-Cmoktałeś tego smoczka jak jakiś niewyżyty…- uśmiechnął się figlarnie.
-Jakiego smoczka? Co jak? Frost!!!-
-No co już nigdy nie będę się zajmować takimi bachorami jak ty…-
-Nie musisz już dorosłem.-
-Raczej wątpię…
-A ty to co? Do śpiącej królewny przyszła królowa?
-Tak zazdrośniku! A ty żabciu zmieniłeś się w wieśniaka po całusie z Anną. Trudno do królewicza ci daleko…
Kristof zaczerwienił się. Jack patrzył na to i się coraz bardziej szczerzył.
-Chłopcy! Jesteśmy tu! Jeśli się nami nie zajmujecie to może sobie pójdziemy…
Nie zdarzyła wstać od Jacka, a nawet się poruszyć po odwróceniu, bo Jack już pochylał się ku niej i trzymał ją mocno za rękę. Uśmiechnął się do niej i przyciągnął ku siebie.
Popatrzył jej w oczy i pocałował.
-Nigdy nie będziesz teraz sama. Będę się tobą zajmował wieki…
Kristof gwizdnął i chciał coś dodać ale Anna znokautowała go wzrokiem.
-Dzięki Ann! Chyba nie jest aż takim idiotą. Za-kumał o co ci chodzi…
-Ty też powinieneś!
-Dobra kum kumam!!
-Frost! Zakończenie!
-A no tak! Zakończenie…-
-Zdążymy.- odparł Jack.
Próbował wstać. Opierał się o drzewo chwiejąc się na nogach. Był jeszcze osłabiony po wypadku. Odsunął się dalej od podpórki i zakręciło mu się w głowie. Gdyby nie dziewczyny leżałby teraz z powrotem na ziemi.
-Dasz radę?- spytała zatroskana Elsa.
-Tak! Ja bym nie dał…-
-Dobrze bo czeka cię jeszcze zmiana garderoby!- powiedziała ucieszona Anna.
-Co!!!!- wrzasnął Jack, wlepiając się w Annę.


wtorek, 14 października 2014

Rozdział 18 Takie rzeczy… tylko gdy jest Jack!!!


-….Powozu. Pójdę już na pieszo!- krzyczał zdenerwowany Kristof wymachując nerwowo rękami w stronę Jacka.
-Dobra…Panie mogą wsiadać!- zaprosił i pokazał zachęcająco ręką.
Siostry spojrzały jeszcze na Kristofa i wzruszyły ramionami. Biegiem ruszyły w stronę powozu.
Przed wrotami murów stała piękna
lodowa karoca.
Była zbudowana z samego lodu. Koła jak u wszystkich wozów, były owalne, ale coś jeszcze.
W środku była piękna śnieżynka. Drzwi od niej były przyozdobione wzorami podobnymi do szronu. Dach i jak cała karoca była lekko wybrzuszona, ale prostokątna. Z jej końców na pięknie pozawijanych mocowaniach zwisały flagi, jakby ze śniegu. Nie była cała zabudowana. Na drzwiach były miejsca wyglądające jak szyby. Było to coś o wiele lepszego. To bardzo cieniutki i przeźroczysty lód, który nawet w obiciu nie zniekształcał obrazu.
Elsa się zdziwiła bo Jack jako zabawny duch zimy, który specjalizował się w robieniu wielkich śnieżyc, zbudował swoja magią, już drugi raz, coś zapierającego dech w piersiach.
Coś jeszcze przykuło jej uwagę. Było miejsce dla woźnicy oraz miejsce do przymocowania dla koni lub reniferów.
-Jack to jest piękne, ale nie mamy koni…-
-Elsa ma racje. Wszystkie wykupił jeden inwestor, a renifery zostały przeniesione do stajni na Rynku.-
Kristof zerkał co jakiś czas i prychną ironicznie…Był widocznie zadowolony, że Jack zapomniał o takiej oczywistej sprawie.
-Uważacie, że jestem tępy? Mylicie mnie z Kristofem.-
W tym momencie ktoś głośno chrząkną przypominając o swoim istnieniu.

Ukłonił się i powtórzył
-Panie możecie wsiadać i zdać się na mnie…- uśmiechnął się pokazując swoje jak to mówiła Zębuszka ,,śnieżne perełki’’.
Anna troszkę za bardzo chciała ubiec Elsę, więc przepychała się i rozpychała łokciami.
Wreszcie ledwo na nogach dotarły do drzwi, przy których stał zadowolony Jack.
Otworzył i odsunął się aby mogły swobodnie wejść do środka.
Znów wielkie zaskoczenie.
Kareta z lodu, a siedzenia nie były wcale zimne. Dziwne, ale uspakajające.
Były pokryte gąbkami jakby z lekkiego, świeżego puchu śniegowego. Dziewczyny usiadły delikatnie się zatapiając. Na suficie paliły się niebieskie kryształki i powtórzył się wzór z kół.
Nawet zwisały delikatne zasłony koło okien. Jack pomyślał o wszystkim, a miał mało czasu.
Kristof stał jak słup z smutną miną, że nie wszedł do środka jako pierwszy. Jack odkręcając się od zadowolonych dziewczyn i  zobaczył go.
-Zapraszałem wszystkie panie…-powiedział szyderczo.
-Froooost… Nie zaczyyynaj!- powiedział przeciągając litery w słowach.
-Dobra odpuszczę ci. Możesz dołączyć do nas jeśli chcesz. Chodzenie pewnie jest super. Bo wiesz ja latam, albo jeżdżę takimi super brykami. –przechwalał się z uśmieszkiem.
-Zachowaj te wyznania dla siebie albo dla swoje dziewczyny.-
-Dobra.-wzruszył ramionami
-Ej, ale nie będę was ciągnął- powiedział stanowczo.
-No weź! Nawet o tym nie pomyślałem.-
-To dobrze!-  zaczął zbliżać się do karety.
-Ciągnąć będą mądrzejsze stworzenie od ciebie.-
Wychyliła się Anna i popatrzyła gniewnie na Jacka.
-Daj mu już spokój, bo nie zdążymy.-
-Mamy mnóstwo czasu, jeszcze się nie ściemniło.-
Kristof wszedł zadowolony do środka i podziwiał dzieło z lodu. To przecież była jego profeska…
Spojrzał przed siebie i zobaczył sporawe okienko z widokiem na woźnicę.
Otworzył je na całą szerokość i wyjrzał.
-Ej Frost będzie mi tyłek przymarzał do twojej chałowej tapicerki?-
-Nie idioci z reniferami na zadkach nie przymarzają. Chyba, że pomogę w tym ja.-
-Haahah.- wsunął powrotem głowę do środka.
Jack zajął należne mu miejsce, ale jeszcze nie siadał.
Wszyscy przyglądali się mu bacznie. Ciekawiło ich jak rozwiąże to, ,że nie mają ciągnących koni lub reniferów.
Jack odwrócił się jeszcze do nich i puścił im oczko, dodając do tego pełen uśmiech.
Odkręcił się i zaczął machać rękoma, laska leżał swobodnie koło niego na siedzeniu.
Nagle przed karocą stanęły dwa piękne błyszcząco- niebieskie konie. Były stworzone jakby z czystej magii Jacka. Zachowywały się jakby były prawdziwe. Wierzgały i chciał już ciągnąć powóz.
Jack jednym susem, zeskoczył ze siedziska i zaczął zapinać konie.
Elsa i inni musieli parę razy przecierać oczy i zamykać buzie…
Już było wszystko konie, woźnica i pasażerowie.
Jack znów pojawił się na swoim miejscu i rozsiadł się wygodnie. Złapał za lejce jedną ręką, a drugą chwycił laskę. Strzelił pojedyńczym promieniem
i otworzyły się wielkie wrota murów.
Krzykną najpierw do przyjaciół, a potem skierował się do koni
-Trzymajcie się! Wio!!- szarpnął mocno za lejce i konie popędziły przez mury.
Teraz Wielkie Targ stał przed nim otworem. Tylko uszy bolały od wycia z radości Kristofa…
-Dawaj Frost!! Nie płacą ci na godziny...
-Ten to umie wrzeszczeć. Gorzej od Norda...
Odrzucił smutne wspomnienia i zaczął jednoczyć się z pędem powietrza, muskającego go w twarz...



Rozdział 17 Zjazd na torze…nie to już było!

 -Chyba pocałunkiem zamroziłam ci mózg!!-
Elsa krzyczała donośnie na Jacka, a on uśmiechał się i był szczerze zadowolony.
-Oj ten piękny uśmieszek tym razem ci nie pomoże- wtrącił się Kristof.
-No dlaczego jesteście tacy. To ja jestem zamrożony…-
-Jack ja chciałabym ci przypomnieć, że jestem królową i mam obowiązki.-
-Jack ma racje to mały zjazd, a nie kąpanie się w zimnym jeziorze jak morsy…-
-Wystarczy, że on raz zmroził mnie w tyłek…- Kristof odburkną i spojrzał wrogo na Jacka.
-No to masz chłodno. Chodzi mi o to, że w ten sposób dostaniemy się na koniec Wielkiego Targu… Nie ma innego wyjścia.- tłumaczył się Jack
Jack popatrzył błagalnie na Else, a ona zaczynała kruszeć i przybierać inną łagodniejszą minę.
-Jack to naprawdę zły pomysł…-
-Nie przekonam cię?-
-Nie.
-Nawet uśmiechem…
-Nawet- uśmiechnęła się na jego poczucie humoru.
-Ale troszkę działa.- powiedział cicho, ciesząc się w duchu.
Wykorzystam go później, pomyślał knując coś na powrót.
-No dobra schodźcie z tego dach, a ja za moment do was dołączę na dziedzińcu…
Elsa już chciała go o coś zapytać, a poleciał przed siebie na dół w szybkim tempie.
Stali na samym szczycie zamku, ponieważ Jack zamierzał stworzyć znów wielką zjeżdżalnie prosto na rynek. Anna była za, bo Jack jej obiecał taka przejażdżkę, ale Kristof miał złe wspomnienia. Elsa uważała, że Jack znów może się pakować w kłopoty więc miał już pewne zdanie w tym temacie.
Przyjaciele zaczęli schodzić z dachu, gdy Kristof znów zaczął nagadywać na Jacka.
-Może za gorąco mu na słoneczku…-
-Kristof.- skardziła go Anna
-No co, a może nasza królowa roztapia mu ten lodowy tyłek.-
-Kristof…- powiedział już lekko zła Elsa. Zaczęła razić go wzrokiem.  A on dalej ciągną nie zważając na zagrożenie.
-Może wywołaj mu taką chmurkę jak Olafowi tylko, że ze śnieżycą…-
Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Elsa wyczarowała wielką kulę śniegu i spuściła ją z góry na Kristofa.
Był cały przykryty. Nagle coś się poruszyło i wyłoniła się tylko jego ośnieżona głowa.
Siostry buchnęły śmiechem, łapiąc się za brzuchy.
-Hej…- odburknął Kristof.
Wiercił się i próbował wydostać z zaspy. Nagle w tej wielkiej zaspie pojawiły się same dłonie Kristofa. Wyglądał śmiesznie. Wielka kula śniegu i tylko głowa i raczki..
Elsa zaczerpnęła powietrza i lekko uspokojona spojrzała na kulkę.
-Elsa… Moje ciało dzisiaj za dużo przeszło… Weź mnie wyciągnij…- szarpał się, zawzięcie.
-Ale z ciebie bałwan. Obgadujesz Jacka i myślisz, że ci to ujdzie na ciepło.- Anna znów prychnęła.
-Jak będziesz grzeczny to może za kilka godzin śnieg się rozpuści…
-No weź Elsa mam mokre ciuchy!- krzyknął lekko dygocząc.
-No dobra! Zrobię to bo Jack ci i tak dołoży lepiej ode mnie.-
Elsa zaczęła energicznie machać rękoma i po chwili złączyła cały śnieg w górze. Zrobiła z niego wielką lodową kulę, zmieniającą się w wielką śnieżynkę. Po minucie już nic nie pozostało, oprócz pięknego błękitnego blasku na niebie.
-Dzięki…- mrukną cały mokry Kristof. Słońce rozpuściło momentalnie śnieg pozostawiając samą wodę na jego ubraniu.
-Teraz będę musiał się przebrać,  a nie mam na zmianę gat… yyy to znaczy spodni.-
-Nie martw się kupię ci nowe stadko… to znaczy spodnie.-
Elsa znów się roześmiała.
-Dobra! Ustalmy coś. Moje reniferki na mich gaciach to moja spra- wa!!! Czy to jasne?!-
-Jasne jak nos Rudolfa.- zaśmiała się Elsa.
Kristof obrażony, odwrócił się i poszedł dumnie do schodów prowadzących do zejścia z dachu. Gdy szedł ciekło z niego i straszliwie piszczał butami. Zastopował i wziął jednego buta i odwrócił go do góry dnem. Ze środka wylało się mnóstwo wody, z drugiego tak samo. Kristof odwrócił się do dziewczyn i popatrzył uszczypliwie na nie…
-No co… Już Jack chciał cię oblać kubłem zimnej wody, jak nas zostawiliście czyli olaliście i zapomnieliście o zakończeniu.- uśmiechnęła się szyderczo.
Kristof podszedł do nich i zaczął trząść się jak pies gdy jest mokry. Wszystkie te krople poleciały na Elsę i na Annę.
-Proszę darmowy prysznic z dodatkiem.-
Przytulił obie mocno, sprawiając, że też one miały mokre ubrania.
Ukłonił się i wesoło pomaszerował do zejścia. Dziewczyny popatrzyły po sobie ze zmieszanymi uczuciami. Teraz i one muszą się przebrać.
Szybko poleciały za Kristofem i polecieli do swoich pokoi.
Po krótkim czasie wszyscy już byli gotowi do wyjścia. Orzeźwieni i już ze suchymi ubraniami poszli poszukać Jacka.
Miał na nich czekać na dziedzińcu przed murami, ale z Jackiem nigdy nie wiadomo.
Zaszli po schodach i dotarli do wielkich, głównych drzwi pałacu. Strażnicy pokłonili się przed Elsą i Anna i otworzyli szeroko wrota.
-Czy ja jestem aż tak gruby. Po co otwierać tak szeroko?-
Dziewczyny zachichotały i poszły dalej.



Już było widać mury i powoli w oddali Jack.
Stał obok czegoś pięknego i do tego niesamowitego. Jak on umie zachwycać swoimi zdolnościami. Elsa wyczarował mały zameczek a on cały czas ją zaskakuje, a mają taki sam dar.

Kristof otworzył szeroko usta, że Anna musiała podłożyć swoją rękę. Bała się, że zaraz się odczepi i poleci na ziemie.
Oczy miał szkliste i pociągał co chwila nosem.
-Chyba będę ryczał.-
-Nie krępuj się, może chusteczkę?- spytał rozbawiony nim Jack.
-Nie dzięki…Jakoś to opanuję.-
-No staraj się chłopie bo mało reniferów zostało abyś zmieniał gatki co kilka minut. A w ogóle idziemy do ludzi, a takie zapachy odpychają…-
-Hej bo zrobię to w środku twojego zasranego…..